sobota, 9 sierpnia 2008

Pas Biblijny kluczem do zwycięstwa. Andrzej Kozicki.

Bill Clinton w swojej autobiografii twierdzi, że sprzymierzenie się Kennedy'ego z Martinem Lutherem Kingiem zmieniło mapę wyborczą Ameryki tak, że odtąd jedynie kandydat ze stanów południowych może zdobyć Biały Dom dla Partii Demokratycznej – nazwał to „Southern Strategy” (strategią stanów południowych).


Przywrócenie godności Murzynom, odtąd nazywanymi Afroamerykanami, zapewnienie im szans emancypacji i promowanie egalitaryzmu oraz budowa systemu opieki społecznej na długie lata zantagonizowała uprzedzonych rasowo Białych i oddała stany południowe w ręce republikanów. Jak wielka to była rewolucja niech świadczy fakt, że do połowy XX wieku małżeństwa między Białymi i Murzynami były zakazane, nawet jeśli uczęszczali do tego samego kościoła.


Na potwierdzenie działania „Southern Strategy” Bill Clinton podaje, że jedynie dwaj demokraci – Carter z Georgii w 1976 i właśnie Clinton z Arkansas w latach 1992 i 1996 znaleźli się za biurkiem w Gabinecie Owalnym.


To Zbigniew Brzeziński okazał talent „kingmakera”, gdy wynalazł nauczyciela szkółki niedzielnej Jimmy Cartera, młodego gubernatora Georgii, i na przekór establishmentowi Partii Demokratycznej podjął rebeliancką walkę o uczynienie go prezydentem. To właśnie strateg Brzeziński postanowił wypromować sejmik w Iowa, na który to stan nikt w historii Ameryki nie zwracał dotąd uwagi. Iowa to stan wiejski, niezbyt ludny i z dala od Waszyngtonu, ale za to sejmik w Iowa był – i do dziś pozostaje – pierwszym starciem w prawyborach. Carter wykorzystał efekt kuli śnieżnej, czyli wygrał w religijnym Iowa, żeby zdobyć zainteresowanie mediów i tak powoli – od prawyborów do prawyborów – osiągnąć pozycję, w której faworyci nie będą mu w stanie zagrozić. Od tej pory już wszyscy zwracają uwagę na sejmik w Iowa.


Z kolei Bill Clinton to „self-made man”, był sobie sterem i okrętem. Dick Morris nie mógł zdominować administracji Clintona, bo bardziej był sondażowcem, niż strategiem. Jak wielokrotnie Morris podkreślał, Clinton pytał się go „jak” osiągnąć zamierzone cele – a w przypadku Brzezińskiego, Carter pytał się go raczej „co” należałoby osiągnąć.


Morris nie lubi wracać do sprawy wyboru kandydata na wiceprezydenta u boku Clintona w 1992 roku. Podobnie jak wszyscy inni, wolał wtedy postawić na kogoś starszego niż Al Gore, najlepiej kogoś z zagranicznym obyciem. Bill Clinton wybrał jednak Gore'a i twierdzę, że stało się to właśnie z tej racji, iż Clinton wierzył w „Southern Strategy” – senator z Tennessee zwiększał szanse na zgarnięcie elektorskich głosów stanów Południa. Identyfikacja Tennessee z Południem jest bowiem tak silna, że w 2000 roku w stanie tym wygrał kandydat z leżącego na południu Teksasu, a nie ich własny senator i rodzimy wiceprezydent – Al Gore. Działanie „Southern Strategy” dobrze widać też na przykładzie Georgii (aż 15 głosów elektorskich), która zawsze głosuje na kandydatów z Południa. W ten sposób Clinton dwa razy odbił ją republikanom, mając średnią przewagę 216 tysięcy głosów, a następnie dwa razy wygrał w niej Bush ze średnią przewagą 426 tysięcy głosów.


Wydaje się też, że Bill Clinton zaszczepił ideę „Southern Strategy” swojej żonie, Hillary, która dla Billa przeniosła się do Arkansas ze stolicy federalnej, gdzie była na ścieżce awansu na szefową krajowego biura legislacyjnego i tym samym Arkansas ją zaadoptowało jako „swoją”. Rzeczywiście, w tak zwanym Bible Belt – Pasie Biblijnym, czyli religijnych stanach Południa – w prawyborach Hillary Clinton pokazała swą siłę. Przekonanie Clintonów o niezawodności „Southern Strategy” zawiodło ich do wykupienia tydzień temu domen internetowych Hillary2012, itp. Oni po prostu nie wierzą w zwycięstwo kandydata z Północy, którym jest Barack Obama.


Czy Clintonowie mają rację? Być może nie, bo to właśnie Barack Obama został odnaleziony w stanowej legislaturze przez Zbigniewa Brzezińskiego, żeby mógł wystąpić cztery lata temu na konwencji Johna Kerry'ego. Południe to dawne stany niewolnicze, a więc z wysokim odsetkiem Murzynów. Kiedy Brzeziński tak wcześnie zaczął promować Obamę na kandydata, to znając strategiczne nawyki byłego szefa Rady Bezpieczeństwa Narodowego zapewne kalkulował, że zwiększenie – bardzo niskiej wśród Murzynów – frekwencji może zrekompensować balast w postaci reprezentowania przez Obamę północnego Illinois. W ten sposób niewielka zmiana formuły „Southern Strategy” na nowo przywróciłaby demokratom prezydenturę światowego mocarstwa.


Rozwiążmy zatem zagadkę „Southern Strategy” w przypadku Baracka Obamy. Czy Barack Obama jest w stanie przejąć Pas Biblijny i tym sposobem wygrać wybory? O ile musiałaby się zwiększyć frekwencja wyborców murzyńskich, żeby Obama wygrał. Dokonajmy symulacji na podstawie wyników z 2004 roku. Wówczas John Kerry zdobył poparcie 88% Murzynów, a obecnie na Obamę zamierza głosować 95% Murzynów. Już po tych danych widać, że różnica 7 punktów udziału sama w sobie nie wystarczy i sedno sprawy leży w zwiększeniu rejestracji wyborczej, a co za tym frekwencji. Murzyni stanowią bowiem 12% populacji Stanów Zjednoczonych, ale zaledwie 5% wyborców.


Jest 12 stanów, w których Murzyni stanowią więcej, niż 5% miejscowej ludności. Poniższa tabela przedstawia o ilu więcej Murzynów powinno udać się do lokali wyborczych, żeby w danym stanie wygrał John Kerry (pierwsza kolumna, na podstawie prawdziwych wyników) czy Barack Obama (druga kolumna, wszędzie zakładając poparcie Obamy wśród 95% Murzynów).


John Kerry

Barack Obama

Ohio

20%

0%

Nevada

28%

8%

Floryda

56%

23%

Wirginia

58%

30%

Płn. Karolina

73%

36%

Płd. Karolina

81%

41%

Luizjana

64%

48%

Mississippi

70%

51%

Georgia

96%

64%

Arkansas*

65%

65%

Missouri

88%

67%

Tennessee

142%

116%

* John Kerry zdobył 94% murzyńskich głosów w Arkansas.


Jak widać z symulacji, zwiększenie frekwencji mogłoby realnie zmienić wynik w trzech stanach – Ohio, Nevadzie i Florydzie – które i tak należały do grupy „swing states”, czyli pól bitewnych. Fakt, że Barack Obama jest Murzynem nie zmienia zatem dotychczasowego działania „Southern Strategy” – nadal dla wygrania wyborów jako demokrata musisz być Białym z Południa, który afiszuje się ze swoją religijnością.

Obama swoim wielorasowym pochodzeniem wprowadza do gry zupełnie inne stany, wszystkie leżące na granicy z Kanadą – która w oczach wielu Amerykanów sączy przez granicę socjalistyczne ideały oraz Oklahomę i Kansas, gdzie jest najwyższy odsetek (poza Kalifornią) małżeństw międzyrasowych. Tylko, że to są stany, w których Partia Demokratyczna jest słaba organizacyjnie i trudno sobie wyobrazić, że do listopada uda się nadrobić wieloletnie zaniedbania w strukturach partyjnych.

Kluczem pozostaje Południe. W Bible Belt mógłby zwiększyć Obama swe szanse wybierając na wiceprezydenta Tima Kaine'a – antyaborcyjnego gubernatora Wirginii. Czy jednak Partię Demokratyczną, w której ostatni raz na konwencji zwolennik praw dzieci nienarodzonych przemawiał w 1980 roku, stać na dyskusję o aborcji?

Andrzej Kozicki

wtorek, 5 sierpnia 2008

Wojna: Izrael, Iran i Obama