Żadnych większych wpadek, nokautujących ciosów, twarda, wyrównana ale bardzo merytoryczna dyskusja – tak w kilku słowach można scharakteryzować pierwszą debatę pomiędzy kandydatami na prezydenta USA. W półtoragodzinnej wymianie na tematy ekonomiczne i kwestie międzynarodowe, był remis, z lekkim wskazaniem na Johna McCaina.
Miałem wrażenie, że początkowo Barack Obama był spięty, nie zwracał się bezpośrednio do rywala. Dwa razy pomylił jego imię, choć przyszło mi do głowy, że to może prowokacja obliczona na zdenerwowanie słynącego z temperamentu McCaina. Dopiero po mniej więcej pół godzinie Obama wyraźnie się rozluźnił i miał lepszą końcówkę. Kilka razy umiejętnie kierował debatę na swój ulubiony temat – osiem, nieudanych jego zdaniem, lat rządów George’a W. Busha.
McCain był cały czas równy i konsekwentnie wypominał słabe doświadczenie rywala w kwestiach polityki zagranicznej i bezpieczeństwa państwa, podkreślając że Obama wielu spraw po prostu „nie rozumie”. Zresztą kandydat Demokratów był wyraźnie niepewny gdy mówił o Rosji (początkowo zerkał na notatki), dał się podejść rywalowi w kwestii bezpośrednich rozmów z prezydentem Iranu (choć wcześniej bardzo elokwentnie mówił na ten temat), w kilku momentach widać było wyraźnie na twarzy zniecierpliwienie. Na koniec debaty McCain powiedział wręcz wprost, że jego rywal „nie ma wystarczającej wiedzy i doświadczenia” aby zostać prezydentem.
W telewizji CNN przez cały czas pokazywano na małym ekranie trzy kategorie wyborców: Republikanie, Demokraci i Niezależni. Dzięki temu można było śledzić bezpośrednią reakcję na wypowiadane kwestie. Ten gadżet doskonale pokazywał jak obaj kandydaci grali pod swoich twardych wyborców. Gdy Obama wspominał nazwisko prezydenta Busha, błędnej polityki w Iraku, konieczności załatwienia sprawy Afganistanu, gdy atakował cięcia podatkowe dla bogatych, nadmierny wpływ lobbystów i konieczność energetycznej niezależności – niebieska linia pikowała. Czerwona linia zwolenników Partii Republikańskiej szła do góry, gdy kandydat partii wspominał o konieczności cięcia podatków i ograniczenia wydatków budżetu, wydobywania większej ilości ropy przez USA i ograniczeniu pomocy zagranicznej, wreszcie o konieczności zwycięstwa w Iraku i Afganistanie. Brak specjalnych zdziwień – kandydaci wiedzą przecież jakie naciskać klawisze, aby ich najwierniejsi zwolennicy byli zadowoleni. Debata była okazją, aby scementować to poparcie.
Najciekawsza walka toczyła się o niezależnych. I tutaj wyraźnie wygrał McCain. Za każdym razem kiedy mówił (a było to kilka razy), że w jakimś ważnym głosowaniu przeciwstawił się Partii Republikańskiej, gdy mówił o współpracy z Demokratami, gdy przedstawiał się jako reformator - zielona linia strzelała do góry. Z kolei niezależnym podobały się wypowiedzi Obamy o walce z lobbystami, niezależności energetycznej czy o konieczności poprawy wizerunku USA na świecie.
Odbiór debat w dużej mierze zależy od wcześniejszych oczekiwań. W 2000 r. nikt nie dawał szans George’owi W. Bushowi w starciu z superintelingentnym ale drętwym wiceprezydentem Alem Gore. Podobnie było cztery lata później z Demokratą Johnem Kerry. Niskie oczekiwania sprawiły, że gdy Bush nie został „rozjechany” przez swoich rywali, uznano że… był lepszy. Przed obecną debatą, Barack Obama uchodził za mistrza elokwencji. Debata pokazała, że wygłaszanie płomiennych mów w gronie wyselekcjonowanych zwolenników, a twarda wymiana zdań z wymagającym przeciwnikiem, to dwie różne sprawy. Zwłaszcza gdy debatuje się na trudny dla siebie temat: w tym wypadku sprawy międzynarodowe i bezpieczeństwa. John McCain nigdy nie był złotoustym mówcą i nikt nie oczekiwał od niego słownych fajerwerków. W zamian Republikanin dał jasny, twardy, czasami na granicy brutalności – przekaz. Ale Prezydent USA to najcięższa na świecie praca, więc trzeba wykazać się twardością, a nie tylko elokwencją
Jednym słowem, remis z lekkim wskazaniem na McCain’a. Co oczywiście niczego nie rozstrzyga – przed nami kolejne debaty i trzydzieści kilka dni kampanii. Choć moje największe zdziwienie budzi coś innego: jakim cudem, wobec tak wielkiego niezadowolenia z Busha i stanu amerykańskiej gospodarki, wyścig do Białego Domu jest tak wyrównany a Barack Obama nie tylko nie odbywa obecnie zwycięskiej rundy przed pewną wygraną w listopadzie, ale musi ciężko walczyć o wcale nie tak pewne zwycięstwo?
Paweł Burdzy
piątek, 26 września 2008
Remis, McCain plus. Paweł Burdzy.
I debata przed Nami.
Już blisko pierwsza debata kandydatów w USA.
Sondaże wskazują, że pretendenci idą łeb w łeb.
CNN
FOXNEWS
POLITICO
czwartek, 11 września 2008
piątek, 5 września 2008
"Jak to się robi? Konwencje w USA". Andrzej Kozicki.
KONWENCJA DEMOKRATÓW
Amerykański i lewicowy odpowiednik Salonu24 - http://www.huffingtonpost.com - ustami swej założycielki przyznał się, że zatrudnia 30 pełnoetatowych moderatorów, którzy czytają i kasują nieprawomyślne komentarze.
Przy okazji huraganu Gustav wyszło na jaw, że Facebook jest skuteczniejszy w dzieleniu się (sharing) krótkimi wiadomościami od Twittera, del.icio.us, Digg itp. - http://www.allfacebook.com/2008/08/facebook-live-feed-kills-twitter-friendfeed
Gratulujemy politologom, którzy po raz kolejny pławią się w teorii, a nie praktyce. Krajowy zjazd amerykańskich politologów (7200 uczestników) odbył się w tym samym terminie, co konwencja demokratów w Denver, ale... w Bostonie. To nie lepiej było tydzień po albo tydzień przed jakąś konwencją, wykorzystując infrastrukturę jednej z partii?
Gdy Joe Biden miał 29 lat został wybrany do Senatu na fali swojego hasła wyborczego "Change". Wybór przewodniczącego komisji spraw zagranicznych w Senacie na wiceprezydenta u boku Obamy zdecydowanie zmniejszył entuzjazm demokratów. 67% wyborców Obamy wyrażało swój entuzjazm przed ogłoszeniem kandydata na wiceprezydenta, po stworzeniu tandemu Obama-Biden entuzjazm spadł do 55%. Przecieki ze sztabu demokratów świadczą, że to Putin "zawetował" pewniaka na wiceprezydenta - gubernatora Tima Kaine'a - przedłużając wojnę w Gruzji.
John Kerry zdobył 89% demokratów w 2004 roku. Obama ciągle utrzymuje się na poziomie 80%, dlatego konwencja była nastawiona nie na wyborców niezależnych, ale miała zmobilizować demokratów na rzecz wspólnego kandydata. Najgorzej Obama wypada wśród Białych, którzy mieszkają na prowincji - zaledwie 38% tego typu wyborców Hillary Clinton popierało Obamę tuż przed konwencją. Efekt: poparcie dla Obamy wśród byłych wyborców Hillary zwiększyło się w tydzień z 58% do 67%.
Ciągłe zmiany poglądów u Obamy wymusiły na organizatorach konwencji poświęcenie całego wystąpienia Michelle Obamy sprawie stałości. Że się nadal kochają i że "Barack Obama jest tym samym facetem, w którym zakochałam się 19 lat wcześniej".
Ani "młody senator", ani "Afroamerykanin" już nie robią wrażenia świeżości. Z tej racji "The New York Times" dla podkreślenia przełomowego i historycznego charakteru nominacji demokratów zaczął podawał pełne nazwisko Obamy - że to Barack Hussein Obama zdobył nominację - http://www.nytimes.com/2008/08/28/us/politics/28DEMSDAY.html - Koniec husajnowego taboo?
Dzień przed przyjęciem nominacji, Obama niespodziewanie pojawił się na przemówieniu Bidena i zrobili sobie zdjęcia. Dzięki temu czytelnicy gazet następnego dnia, ale też internauci, zobaczyli ich wspólne zdjęcie i pomyśleli sobie "przegapiłem mowę nominacyjną", po czym z tekstu lub podpisu pod zdjęciem dowiadywali się, że wcale nie przegapili, bo przemowa Obamy dopiero za kilka godzin. Majstersztyk.
Obama spędził 12 godzin ucząc się i poprawiając przemówienie nominacyjne. Przeczytał też przemówienia Kennedy'ego z 1960 roku i Reagana z 1980 roku. Kennedy wzywał rodaków, by "znaleźli w sobie nerwy i wykrzesali ochotę, by wybudzić się po ośmioletnim koszmarze". Z kolei Reagan mówił, że "chodzi o bezpośrednią polityczną, osobistą i moralną odpowiedzialność przywódców Partii Demokratycznej za sprowadzenie na nas szeregu nieszczęść".
Kampania Obamy ustawiła za cel poprzeczkę 50% głosów w 49 stanach, jedynie w Georgii wynosi ona 47%, gdyż stamtąd pochodzi Bob Barr, kandydat libertarianów. Nie jest on jednak zagrożeniem dla McCaina, gdyż w odróżnieniu od Rona Paula nie ma pojęcia o ekonomii.
KONWENCJA REPUBLIKANÓW
Jedynie 29% wyborców twierdzi, że McCain prowadzi kampanię negatywną. Najniższy poziom w historii. McCain jest zabójczy w uśmiechu i w rękawiczkach.
Rudy Giuliani cztery razy wyśmiewał się z tego, że Obama jest "community organizer" i to jest jego "doświadczenie w zarządzaniu". Bo rzeczywiście, nikt nie wie, kto to jest dokładnie - męska opiekunka do dzieci? organizator wyjść do zoo? facet obdzwaniający kolegów, kto zagra po pracy w kosza? Całkiem możliwe, że to będzie wkrótce równie obraźliwe określenie, co "liberał".
Cztery dni konwencji i cztery tematy. Poniedziałek - Służba. Wtorek - Reforma. Środa - Prosperita. Czwartek - Pokój.
Mark Sanford, gubernator Płd. Karoliny poparł McCaina w 2000, ale nie poparł w 2008 i gdyby nie Huckabee, McCain by nie zdobył tego zdanu. Za karę Sanford nie wystąpił na konwencji.
O ile huragan Gustav skutecznie powstrzymał prezydenta Busha od przylotu na konwencję republikanów, to z Dickiem Cheneyem coś trzeba było zrobić. Zatem tuż po swoim wystąpieniu musiał pilnie wylecieć do Azerbejdżanu, Gruzji, Ukrainy, Włoch. No nie mógł znaleźć innego terminu w swoim kalendarzu na pływanie gondolą po Wenecji.
Przemówienie nominacyjne Johna McCaina było tuż po finale futbolu amerykańskiego. McCain gotów był odczekać z mową, gdyby mecz się przedłużył. Kandydat republikanów wystąpił na zmiennym tle, raz sraczkowato-zielonym, raz sinoniebieskim i przemawiał cienkim, starym głosem bez entuzjazmu. Sztab Obamy wyraził nadzieję, że wszyscy kibice futbolu obejrzeli również wystąpienie McCaina. Trudno o większą złośliwość.
Wbrew temu, co lubią powtarzać dziennikarze, Steve Schmidt (strateg McCaina) nie jest protegowanym Karla Rove'a. Wręcz odwrotnie, ten 38-latek ciągnął kampanie Lamara Alexandra w 2000 roku i dwie kampanie Arnolda Schwarzeneggera (2003 & 2006). Steve Schmidt jest też odpowiedzialny za kontakty z Log Cabin, czyli republikańskimi gejami i lesbijkami, gdyż siostra stratega jest lesbijką. Log Cabin wsparła oficjalnie (http://www.gaywired.com/Article.cfm?Section=66&ID=20181) parę McCain-Palin, gdyż Palin m.in. popiera usankcjonowane urzędowo związki partnerskie - żeby mogli opiekować się partnerami w szpitalu, mieć prawa przy pochówku czy innych intymnych i rodzinnych sprawach. Z sondażu dla CBS News i New York Timesa wynika, że 48% delegatów republikańskich na konwencję popiera instytucję związku cywilnego dla gejów.
SARAH PALIN
Wybór Sary Palin to zwycięstwo Dicka Morrisa. To on od miesięcy upierał się, że nie chce "kolejnego nudnego gubernatora z południowego stanu". Morris ciągle powtarzał, że McCainowi potrzeba kogoś, o kim będzie się gadać, dyskutować i kłócić. McCainowi trzeba zaskakującego wyboru, który przywroci nudnej kampanii element "mavericka", czyli przypomni, że McCain chadza swoimi drogami. Dick Morris wolał Joe Liebermana (to byłby pierwszy międzypartyjny tandem od Lincolna-Jacksona), ale Karl Rove uparł się, by dbać o konserwatywną bazę, że do zwycięstwa potrzeba mobilizacji religijnych. No i proszę. Wyciągnęli Palin jak królika z kapelusza.
Sarah Palin nie miała żadnych przyjaciół na Kapitolu i w mediach. Maszyna Romneya ma swoich dziennikarzy, senatorzy chcieli Joe Liebermana.
"Mamuśkę hokeisty od pitbulla różni tylko szminka", twierdzi Sarah Palin. To zenergetyzowało prawicę. Tylko 25% zwolenników McCaina deklarowało entuzjazm dla jego kandydatury, odkąd jednak jest to tandem McCain-Palin, poziom entuzjazmu wzrósł do 55%. Baza religijna ruszyła się. Gorącą chęć pójścia na wybory wyraża już 66% evangelicals, choć jeszcze tydzień temu tylko 57% chciało iść do urny.
Sarah Palin umie czytać z promptera napisane dla niej przemówienia. Czy jest dobra w wywiadach? Nie wiemy i się prędko nie dowiemy. W czasie konwencji miała za zadanie dorównać Obamie w świeżości i w dobrych przemówieniach, których słownictwo cyzelował Frank Luntz (oficjalnie zatrudniony przy kampanii republikanów, autor zwycięskiej kampanii Newta Gingricha w 1994 roku). Dlatego Sarah Palin nic nie mówi o tym, że jest kreacjonistką i że jest przeciwna aborcji nawet w przypadku gwałtu. Czego jeszcze nie mówi Sarah Palin? Jak dotąd ani razu nie usłyszeliśmy z jej ust nazwiska "George Bush" ani jakiejkolwiek wariacji słowa "republikański".
Przemówienie Sary Palin obejrzało 37 milionów, w tym 19,5 mln kobiet. Zgarnęła 25% wszystkich widzów powyżej 55 roku życia, a jedynie 2% nastolatków. To pożądany wynik. Dla porównania Obamę obejrzało 38 milionów. Mało tego, trzeci dzień konwencji republikańskiej śledziło 1,4 mln hiszpanojęzycznych, o 200 tysięcy więcej, niż trzeci dzień demokratycznej. Wynik ten osiągnięto pomimo tego, że dwie kablówki Univision i Telemundo nie nadawały republikanów.
Koncepcja Dicka Morrisa, by odciągnąć wyborców zarówno od McCaina jak i Obamy ma wielką szansę się we wrześniu ziścić. Przez cały wrzesień każde słowo Sary Palin będzie przedmiotem roztrząsań i analiz semiotycznych, pojawi się mnóstwo komiksów, rysunków i wierszyków w gazetach. Artykuły o jej śmiesznym akcencie trafią na czołówki. Będą jej ciekawi gdziekolwiek pojedzie i będzie ściągała tłumy. Każdy będzie chciał coś o niej wiedzieć, a główny korespondent New York Timesa Adam Nagourney na pewno uprze się, by spędzić z nią przynajmniej tydzień 24h na dobę. Wybór Sary Palin zaowocował napływem zaproszeń na szereg konferencji i zjazdów całkiem sporych organizacji - Krajowy Związek Firm Budowlanych już zaklepał jej obecność na swoim zjeździe. Co niemiara będzie też zjazdów organizacji charytatywnych i religijnych.
Sposób sprawdzenia wszystkich faktów o Palin przed nominacją też jest nietypowy. Zamiast małej grupy researcherów zwrócono się do kilkudziesięciu osób z prośbami o sprawdzenie pojedynczych faktów. Osoby te nie wiedziały o sobie wzajem, nie informowano też o procesie samej pani gubernator. W ten sposób uniknięto zainteresowania, o które łatwo, bo Alaska to mało ludny stan i plotki przenoszą się błyskawicznie. Efektem był 40-stronicowy raport dla Johna McCaina. Na końcu zadano Palin 70 bardzo "inwazyjnych w prywatność" pytań - podczas trzygodzinnego odpytywania Palin ujawniła, że najstarsza 17-letnia córka jest w ciąży, a 20 lat wcześniej mąż był aresztowany. Przejrzano też wszystkie zeznania podatkowe i umowy bankowe i ubezpieczeniowe.
wtorek, 2 września 2008
sobota, 9 sierpnia 2008
Pas Biblijny kluczem do zwycięstwa. Andrzej Kozicki.
Przywrócenie godności Murzynom, odtąd nazywanymi Afroamerykanami, zapewnienie im szans emancypacji i promowanie egalitaryzmu oraz budowa systemu opieki społecznej na długie lata zantagonizowała uprzedzonych rasowo Białych i oddała stany południowe w ręce republikanów. Jak wielka to była rewolucja niech świadczy fakt, że do połowy XX wieku małżeństwa między Białymi i Murzynami były zakazane, nawet jeśli uczęszczali do tego samego kościoła.
Na potwierdzenie działania „Southern Strategy” Bill Clinton podaje, że jedynie dwaj demokraci – Carter z Georgii w 1976 i właśnie Clinton z Arkansas w latach 1992 i 1996 znaleźli się za biurkiem w Gabinecie Owalnym.
To Zbigniew Brzeziński okazał talent „kingmakera”, gdy wynalazł nauczyciela szkółki niedzielnej Jimmy Cartera, młodego gubernatora Georgii, i na przekór establishmentowi Partii Demokratycznej podjął rebeliancką walkę o uczynienie go prezydentem. To właśnie strateg Brzeziński postanowił wypromować sejmik w Iowa, na który to stan nikt w historii Ameryki nie zwracał dotąd uwagi. Iowa to stan wiejski, niezbyt ludny i z dala od Waszyngtonu, ale za to sejmik w Iowa był – i do dziś pozostaje – pierwszym starciem w prawyborach. Carter wykorzystał efekt kuli śnieżnej, czyli wygrał w religijnym Iowa, żeby zdobyć zainteresowanie mediów i tak powoli – od prawyborów do prawyborów – osiągnąć pozycję, w której faworyci nie będą mu w stanie zagrozić. Od tej pory już wszyscy zwracają uwagę na sejmik w Iowa.
Z kolei Bill Clinton to „self-made man”, był sobie sterem i okrętem. Dick Morris nie mógł zdominować administracji Clintona, bo bardziej był sondażowcem, niż strategiem. Jak wielokrotnie Morris podkreślał, Clinton pytał się go „jak” osiągnąć zamierzone cele – a w przypadku Brzezińskiego, Carter pytał się go raczej „co” należałoby osiągnąć.
Morris nie lubi wracać do sprawy wyboru kandydata na wiceprezydenta u boku Clintona w 1992 roku. Podobnie jak wszyscy inni, wolał wtedy postawić na kogoś starszego niż Al Gore, najlepiej kogoś z zagranicznym obyciem. Bill Clinton wybrał jednak Gore'a i twierdzę, że stało się to właśnie z tej racji, iż Clinton wierzył w „Southern Strategy” – senator z Tennessee zwiększał szanse na zgarnięcie elektorskich głosów stanów Południa. Identyfikacja Tennessee z Południem jest bowiem tak silna, że w 2000 roku w stanie tym wygrał kandydat z leżącego na południu Teksasu, a nie ich własny senator i rodzimy wiceprezydent – Al Gore. Działanie „Southern Strategy” dobrze widać też na przykładzie Georgii (aż 15 głosów elektorskich), która zawsze głosuje na kandydatów z Południa. W ten sposób Clinton dwa razy odbił ją republikanom, mając średnią przewagę 216 tysięcy głosów, a następnie dwa razy wygrał w niej Bush ze średnią przewagą 426 tysięcy głosów.
Wydaje się też, że Bill Clinton zaszczepił ideę „Southern Strategy” swojej żonie, Hillary, która dla Billa przeniosła się do Arkansas ze stolicy federalnej, gdzie była na ścieżce awansu na szefową krajowego biura legislacyjnego i tym samym Arkansas ją zaadoptowało jako „swoją”. Rzeczywiście, w tak zwanym Bible Belt – Pasie Biblijnym, czyli religijnych stanach Południa – w prawyborach Hillary Clinton pokazała swą siłę. Przekonanie Clintonów o niezawodności „Southern Strategy” zawiodło ich do wykupienia tydzień temu domen internetowych Hillary2012, itp. Oni po prostu nie wierzą w zwycięstwo kandydata z Północy, którym jest Barack Obama.
Czy Clintonowie mają rację? Być może nie, bo to właśnie Barack Obama został odnaleziony w stanowej legislaturze przez Zbigniewa Brzezińskiego, żeby mógł wystąpić cztery lata temu na konwencji Johna Kerry'ego. Południe to dawne stany niewolnicze, a więc z wysokim odsetkiem Murzynów. Kiedy Brzeziński tak wcześnie zaczął promować Obamę na kandydata, to znając strategiczne nawyki byłego szefa Rady Bezpieczeństwa Narodowego zapewne kalkulował, że zwiększenie – bardzo niskiej wśród Murzynów – frekwencji może zrekompensować balast w postaci reprezentowania przez Obamę północnego Illinois. W ten sposób niewielka zmiana formuły „Southern Strategy” na nowo przywróciłaby demokratom prezydenturę światowego mocarstwa.
Rozwiążmy zatem zagadkę „Southern Strategy” w przypadku Baracka Obamy. Czy Barack Obama jest w stanie przejąć Pas Biblijny i tym sposobem wygrać wybory? O ile musiałaby się zwiększyć frekwencja wyborców murzyńskich, żeby Obama wygrał. Dokonajmy symulacji na podstawie wyników z 2004 roku. Wówczas John Kerry zdobył poparcie 88% Murzynów, a obecnie na Obamę zamierza głosować 95% Murzynów. Już po tych danych widać, że różnica 7 punktów udziału sama w sobie nie wystarczy i sedno sprawy leży w zwiększeniu rejestracji wyborczej, a co za tym frekwencji. Murzyni stanowią bowiem 12% populacji Stanów Zjednoczonych, ale zaledwie 5% wyborców.
Jest 12 stanów, w których Murzyni stanowią więcej, niż 5% miejscowej ludności. Poniższa tabela przedstawia o ilu więcej Murzynów powinno udać się do lokali wyborczych, żeby w danym stanie wygrał John Kerry (pierwsza kolumna, na podstawie prawdziwych wyników) czy Barack Obama (druga kolumna, wszędzie zakładając poparcie Obamy wśród 95% Murzynów).
| | John Kerry | Barack Obama |
| Ohio | 20% | 0% |
| Nevada | 28% | 8% |
| Floryda | 56% | 23% |
| Wirginia | 58% | 30% |
| Płn. Karolina | 73% | 36% |
| Płd. Karolina | 81% | 41% |
| Luizjana | 64% | 48% |
| Mississippi | 70% | 51% |
| Georgia | 96% | 64% |
| Arkansas* | 65% | 65% |
| Missouri | 88% | 67% |
| Tennessee | 142% | 116% |
* John Kerry zdobył 94% murzyńskich głosów w Arkansas.
Jak widać z symulacji, zwiększenie frekwencji mogłoby realnie zmienić wynik w trzech stanach – Ohio, Nevadzie i Florydzie – które i tak należały do grupy „swing states”, czyli pól bitewnych. Fakt, że Barack Obama jest Murzynem nie zmienia zatem dotychczasowego działania „Southern Strategy” – nadal dla wygrania wyborów jako demokrata musisz być Białym z Południa, który afiszuje się ze swoją religijnością.
Obama swoim wielorasowym pochodzeniem wprowadza do gry zupełnie inne stany, wszystkie leżące na granicy z Kanadą – która w oczach wielu Amerykanów sączy przez granicę socjalistyczne ideały oraz Oklahomę i Kansas, gdzie jest najwyższy odsetek (poza Kalifornią) małżeństw międzyrasowych. Tylko, że to są stany, w których Partia Demokratyczna jest słaba organizacyjnie i trudno sobie wyobrazić, że do listopada uda się nadrobić wieloletnie zaniedbania w strukturach partyjnych.
Kluczem pozostaje Południe. W Bible Belt mógłby zwiększyć Obama swe szanse wybierając na wiceprezydenta Tima Kaine'a – antyaborcyjnego gubernatora Wirginii. Czy jednak Partię Demokratyczną, w której ostatni raz na konwencji zwolennik praw dzieci nienarodzonych przemawiał w 1980 roku, stać na dyskusję o aborcji?