Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Kozicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Andrzej Kozicki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 stycznia 2009

Jaka jest Ameryka czasów Baraka Obamy?

Czterdziesty czwarty - kultura, religia, polityka
Jaka jest Ameryka czasów Baraka Obamy?
20 stycznia, godz. 18:00, redakcja Res Publiki Nowej

Zapraszamy na debatę Res Publiki w dniu zaprzysiężenia 44. prezydenta USA

Stanisław Burdziej
doktor socjologii (UMK Toruń), amerykanista (Uniwersytet w Heidelbergu)
Karolina Krasuska
amerykanistka, członkini zespołu Krytyki Politycznej
Paweł Marczewski
socjolog i historyk idei, członek redakcji Przeglądu Politycznego, współpracownik Tygodnika Europa
PROWADZENIE
Wojciech Przybylski
wydawca RPN

W programie: transmisja z zaprzysiężenia oraz prezentacja filmów dokumentujących erę Busha – Andrzej Kozicki (Warsztaty Analiz Socjologicznych)

Gościnnie: Podsumowanie projektu Ameryka Wybiera

środa, 22 października 2008

Jak to się robi w Ameryce.

Republikanom zabrakło scenariusza B. Planowali zrobić kampanię o Obamie - kto to taki jest. Kryzys gospodarczy zaskoczył ich - z wyjątkiem Newta Gingricha, który chce startować dopiero w 2012 roku. Mógłby kampanię McCain-Palin uratować kryzys międzynarodowy, ale wojna w Gruzji już była, wojska syryjskie nie wkroczą przed wyborami 4 listopada do Libanu, a w Izraelu trwa pat rządowy, który utrudnia podjęcie decyzji w sprawie fabryk broni atomowej w Iranie.

Wielkie debaty o bezpieczeństwie, gospodarce i charakterze nadal decydują o wyniku wyborów - a nie puder, bielsze zęby czy wstrzykiwany w twarz Joe Bidena botoks. McCain bez pomysłu na gospodarkę przegrał wszystkie trzy debaty wyborcze zdobywając przychylność odpowiednio - 32%, 43% i 22% widzów. Jednak równocześnie trwa ciężka kampania w terenie. Wymyślane są sposoby jak dotrzeć do wyborcy z własnym przekazem i to przekazem skutecznym.

Kampania wrześniowa: dominacja republikanów

Sztab republikanów postanowił odebrać demokratom decydowanie o cyklu newsów. W kilka godzin po zakończeniu sierpniowej konwencji demokratów ogłoszono zaskakujący wybór, że Sarah Palin ma być kandydatką na wiceprezydenta. Spełniła swoje zadanie: po pierwsze przez trzy tygodnie media zajmowały się kim ta osoba jest i jakie ma poglądy, po drugie obudziła dumę wśród konserwatystów i dorzuciła do kampanii McCaina 30 milionów $.

Również zawieszenie kampanii przez McCaina i jego powrót do Waszyngtonu, by wynegocjować plan ratunkowy dla gospodarki, mogło umocnić dominację republikanów. Jednak popełniono błąd: odwołano występ u Davida Lettermana (coś w rodzaju programu Szymona Majewskiego), po czym McCain zamiast udać się do samolotu, poszedł do sąsiedniego studia w tym samym budynku i wystąpił u Katie Curic (coś w rodzaju programu Tomasza Lisa). Następnie w Waszyngtonie popierał plan opracowany przez elity - gwarancje państwowe dla banków, dofinansowywanie kredytów mieszkaniowych - który w pierwszej wersji przepadł w Kongresie. Całkiem sporo kongresmenów okazało się bowiem zwolennikami wolnego rynku, a nie interwencji i mnożenia pieniądza w gospodarce.

Gospodarka: Amerykanie myślą inaczej niż elity

Amerykańskie elity, po zachłyśnięciu się w latach 70-tych Keynesem, obecnie jak jeden mąż wyznają idee Miltona Friedmana. Okazuje się jednak, że bardzo wielu Amerykanów wolałoby twardy i mocny pieniądz -- wg sondażu Pew z 30 września aż 38% nie życzy sobie pompowania pieniędzy w gospodarkę (a więc jest podażowcami takimi jak Ronald Reagan), a 24% twierdzi, że rozumie naturę kryzysu. W sytuacji, gdy elity jednogłośnie twierdzą, że kryzys ma charakter finansowy (bo jeden kongresman Ron Paul to nie elita), a 38% wyborców twierdzi, że kryzys ma charakter monetarny, czyli przyznaje rację Ronowi Paulowi - to ważny sygnał, zupełnie zignorowany przez ekipę McCaina, której dowodzi ekonomista Douglas Holtz-Eakin.

Newt Gingrich, Rudy Giuliani czy Mitt Romney są wielce powściągliwi, ale Romneyowi wymsknęło się, że "nie ma pojęcia jaka logika stoi za planem ratunkowym popieranym przez McCaina", to znaczy jak miałby on zadziałać. Jedynym, który się wypowiada jest Ron Paul, który uważa, że ciągłe obniżanie oprocentowania kredytów sprawia nadmierną podaż pieniądza, która jest łatwo mierzalna -- wysokie ceny złota i słaby względem innych walut dolar jest mierzalnym dowodem, że kryzys ma charakter monetarny, bo w gospodarce jest za dużo pieniądza i wpompowanie kolejnych 700 mld dolarów wcale się systemowi nie przysłuży.

Rekordy bite w Ohio

Obama wydał 800 tysięcy dolarów na rejestrację wyborców. Rejestrowani są też zmarli, dzieci z przedszkoli a także postacie z kreskówek Disneya. Poziom rejestracji wyborców wyniósł 94% w Ohio, a w Indianie 105% (sic!). Bite są też dużo poważniejsze rekordy. Do początku października kampania Obamy skontaktowała się przez agitatorów (canvassers) z 37% mieszkańców Ohio, podczas gdy kampania McCaina z 27%. Jeśli dodać do tego e-maile i esemesy, to wynik kampanii Obamy sięgał 43% skontaktowanych miesiąc przed wyborami.

Jak to się robi? Sztab Obamy podzielił Ohio na 1231 "sąsiedztw", które obejmują po 8-10 obwodów głosowania. W każdym sąsiedztwie działa zespół agitatorów, którzy chodzą od drzwi do drzwi. Na początku września zespoły działały w 65% sąsiedztw, na początku października w 85% sąsiedztw. Dla porównania kampania Kerry'ego sprzed czterech lat ograniczała się tylko do miast. Kampania Obamy podjęła dwa wielkie ryzyka -- 1) wydania ogromnej forsy na przeszkolenie i zbudowanie zastępów agitatorów, 2) zaufania agitatorom, że to oni będą w stanie nakłonić ludzi do głosowania. Przecież to mogły być bandy hipisów, zniechęcających mieszkańców małych miasteczek, a sami agitatorzy pracują często za darmo, więc pytanie czy potrafią agitować.

Jeremy Bird - szef kampanii Obamy w Ohio - tak tłumaczy nowość w organizacji kampanii: "Postanowiliśmy, że nie będziemy rozliczać agitatorów z liczby wyborców, których odwiedzili. Rozliczamy ich za liczbę wolontariuszy, których rekrutują, szkolą i nadzorują. Sztab główny kampanii nie odpytuje nas z liczby wręczonych ulotek, ale z liczby powołanych zespołów w sąsiedztwach i czy agitatorzy są na wszystkich wydarzeniach lokalnych".

Na co wydaje kampania Obamy

McCain prowadzi w sondażach na Florydzie, bo brał tu udział w bardzo ostrych prawyborach, więc jest znany i wielu ma świeżo w pamięci, że w w styczniu na niego oddali głos. Z kolei demokratyczne prawybory na Florydzie praktycznie się nie odbyły i żaden z demokratycznych kandydatów nie prowadził tu kampanii. Obama postanowił przeprowadzić tu największą w historii polityki kampanię terenową - z innych stanów ściągano na Florydę specjalistów, wolontariuszy i agitatorów. Latem otworzono 60 biur i zwerbowano ponad 100 tysięcy wolontariuszy, których pracę nadzoruje 300 płatnych supervisorów. Jednocześnie Obama permanentnie puszcza w tym stanie w telewizji reklamówki, na których emisję wydał pięć razy więcej, niż McCain.

Wydatki na emisję reklamówek w telewizji nadal pochłaniają najwięcej. Obama wydawał dotąd dziennie 1,0-1,1 mln $ na wykupienie czasu antenowego. Na przełomie września i października sztab senatora z Illinois dokonał wielkiej ofensywy z dziennymi wydatkami 2,0-2,4 mln $ (dane z całego kraju). Przyniosła ona należyty skutek, wzmocniła morale zwolenników Obamy i 3 października Charles Krauthammer był pierwszym konserwatywnym publicystą, który przyznał, że nowym prezydentem zostanie młody Mulat.

Jak dokładnie wyglądały osiągnięcia reklamowej szarży demokratów w dniach 28 września - 4 października. W owym tygodniu demokraci wydali 16,2 mln $, a republikanie 9,5 mln $. Jaki był dokładnie efekt? W stanach, w których poziom wydatków na spoty telewizyjne był podobny, Obama przesunął się w sondażach o średnio 2,44 punkty procentowe. W stanach, w których Obama wydał w telewizji przynajmniej 1,7 razy więcej - to poparcie dla niego wzrosło o średnio 3,61 punkty procentowe. Równocześnie w tym samym tygodniu jedynym stanem, w którym to McCain wydawał więcej na reklamę niż Obama była Minnesota -- i tu również reklama okazała się efektywna, bo poparcie zaczęło wyraźnie rosnąć McCainowi.

Efekt Bradleya nie istnieje

Jednym z ulubionych zajęć publicystów w czasie tegorocznych wyborów jest omawianie efektu Bradleya. Dziesięć dni temu w Gazecie Świątecznej amerykanistka Agnieszka Graff poświęciła efektowi Bradleya aż trzy strony. Efekt Bradleya - wyjaśnijmy wreszcie to zjawisko - to rzekomy wstyd własnego rasizmu, który każe znaczącej statystycznie grupie deklarować w sondażach i publicznie twierdzić, że się zagłosuje na Murzyna, a w rzeczywistości oddaje się głos na Białego. To efekt Bradleya miał być winien przegranej Obamy w New Hampshire w styczniu. W istocie zadecydowało tam zupełnie inne zjawisko - efekt Lazio - o czym można przeczytać w artykule przedstawiającym cztery teorie i obalającym punkt po punkcie pierwsze trzy.

Ucieszyło mnie, że również politolodzy Harvardu zabrali się za efekt Bradleya i obalili wreszcie ten mit. Dokładniej jeden politolog - Daniel Hopkins. Prześledził on 133 wyścigi wyborcze kobiet, Murzynów i przedstawicieli mniejszości na stanowiska senatorów i gubernatorów w latach 1989-2006. Wyszło mu, że efekt Bradleya zaczął znikać odkąd Bill Clinton rozpoczął leczyć rany rasizmu po zamieszkach w Los Angeles w 1992 roku (53 ofiary śmiertelne) i zanikł ostatecznie w 1996, gdy Bob Dole w wyborach prezydenckich próbował zdobyć elektorat murzyński obietnicą niskich podatków. Pracę Daniela Hopkinsa można przeczytać tutaj: http://people.iq.harvard.edu/%7Edhopkins/wilder13.pdf

Szkoda tylko, że pani Graff z Krytyki Politycznej jest o całe pokolenie do tyłu.

Andrzej Kozicki w ramach Ameryka Wybiera

piątek, 5 września 2008

"Jak to się robi? Konwencje w USA". Andrzej Kozicki.

KONWENCJA DEMOKRATÓW

Amerykański i lewicowy odpowiednik Salonu24 - http://www.huffingtonpost.com - ustami swej założycielki przyznał się, że zatrudnia 30 pełnoetatowych moderatorów, którzy czytają i kasują nieprawomyślne komentarze.

Przy okazji huraganu Gustav wyszło na jaw, że Facebook jest skuteczniejszy w dzieleniu się (sharing) krótkimi wiadomościami od Twittera, del.icio.us, Digg itp. - http://www.allfacebook.com/2008/08/facebook-live-feed-kills-twitter-friendfeed

Gratulujemy politologom, którzy po raz kolejny pławią się w teorii, a nie praktyce. Krajowy zjazd amerykańskich politologów (7200 uczestników) odbył się w tym samym terminie, co konwencja demokratów w Denver, ale... w Bostonie. To nie lepiej było tydzień po albo tydzień przed jakąś konwencją, wykorzystując infrastrukturę jednej z partii?

Gdy Joe Biden miał 29 lat został wybrany do Senatu na fali swojego hasła wyborczego "Change". Wybór przewodniczącego komisji spraw zagranicznych w Senacie na wiceprezydenta u boku Obamy zdecydowanie zmniejszył entuzjazm demokratów. 67% wyborców Obamy wyrażało swój entuzjazm przed ogłoszeniem kandydata na wiceprezydenta, po stworzeniu tandemu Obama-Biden entuzjazm spadł do 55%. Przecieki ze sztabu demokratów świadczą, że to Putin "zawetował" pewniaka na wiceprezydenta - gubernatora Tima Kaine'a - przedłużając wojnę w Gruzji.

John Kerry zdobył 89% demokratów w 2004 roku. Obama ciągle utrzymuje się na poziomie 80%, dlatego konwencja była nastawiona nie na wyborców niezależnych, ale miała zmobilizować demokratów na rzecz wspólnego kandydata. Najgorzej Obama wypada wśród Białych, którzy mieszkają na prowincji - zaledwie 38% tego typu wyborców Hillary Clinton popierało Obamę tuż przed konwencją. Efekt: poparcie dla Obamy wśród byłych wyborców Hillary zwiększyło się w tydzień z 58% do 67%.

Ciągłe zmiany poglądów u Obamy wymusiły na organizatorach konwencji poświęcenie całego wystąpienia Michelle Obamy sprawie stałości. Że się nadal kochają i że "Barack Obama jest tym samym facetem, w którym zakochałam się 19 lat wcześniej".

Ani "młody senator", ani "Afroamerykanin" już nie robią wrażenia świeżości. Z tej racji "The New York Times" dla podkreślenia przełomowego i historycznego charakteru nominacji demokratów zaczął podawał pełne nazwisko Obamy - że to Barack Hussein Obama zdobył nominację - http://www.nytimes.com/2008/08/28/us/politics/28DEMSDAY.html - Koniec husajnowego taboo?

Dzień przed przyjęciem nominacji, Obama niespodziewanie pojawił się na przemówieniu Bidena i zrobili sobie zdjęcia. Dzięki temu czytelnicy gazet następnego dnia, ale też internauci, zobaczyli ich wspólne zdjęcie i pomyśleli sobie "przegapiłem mowę nominacyjną", po czym z tekstu lub podpisu pod zdjęciem dowiadywali się, że wcale nie przegapili, bo przemowa Obamy dopiero za kilka godzin. Majstersztyk.

Obama spędził 12 godzin ucząc się i poprawiając przemówienie nominacyjne. Przeczytał też przemówienia Kennedy'ego z 1960 roku i Reagana z 1980 roku. Kennedy wzywał rodaków, by "znaleźli w sobie nerwy i wykrzesali ochotę, by wybudzić się po ośmioletnim koszmarze". Z kolei Reagan mówił, że "chodzi o bezpośrednią polityczną, osobistą i moralną odpowiedzialność przywódców Partii Demokratycznej za sprowadzenie na nas szeregu nieszczęść".

Kampania Obamy ustawiła za cel poprzeczkę 50% głosów w 49 stanach, jedynie w Georgii wynosi ona 47%, gdyż stamtąd pochodzi Bob Barr, kandydat libertarianów. Nie jest on jednak zagrożeniem dla McCaina, gdyż w odróżnieniu od Rona Paula nie ma pojęcia o ekonomii.

KONWENCJA REPUBLIKANÓW


Jedynie 29% wyborców twierdzi, że McCain prowadzi kampanię negatywną. Najniższy poziom w historii. McCain jest zabójczy w uśmiechu i w rękawiczkach.

Rudy Giuliani cztery razy wyśmiewał się z tego, że Obama jest "community organizer" i to jest jego "doświadczenie w zarządzaniu". Bo rzeczywiście, nikt nie wie, kto to jest dokładnie - męska opiekunka do dzieci? organizator wyjść do zoo? facet obdzwaniający kolegów, kto zagra po pracy w kosza? Całkiem możliwe, że to będzie wkrótce równie obraźliwe określenie, co "liberał".

Cztery dni konwencji i cztery tematy. Poniedziałek - Służba. Wtorek - Reforma. Środa - Prosperita. Czwartek - Pokój.

Mark Sanford, gubernator Płd. Karoliny poparł McCaina w 2000, ale nie poparł w 2008 i gdyby nie Huckabee, McCain by nie zdobył tego zdanu. Za karę Sanford nie wystąpił na konwencji.

O ile huragan Gustav skutecznie powstrzymał prezydenta Busha od przylotu na konwencję republikanów, to z Dickiem Cheneyem coś trzeba było zrobić. Zatem tuż po swoim wystąpieniu musiał pilnie wylecieć do Azerbejdżanu, Gruzji, Ukrainy, Włoch. No nie mógł znaleźć innego terminu w swoim kalendarzu na pływanie gondolą po Wenecji.

Przemówienie nominacyjne Johna McCaina było tuż po finale futbolu amerykańskiego. McCain gotów był odczekać z mową, gdyby mecz się przedłużył. Kandydat republikanów wystąpił na zmiennym tle, raz sraczkowato-zielonym, raz sinoniebieskim i przemawiał cienkim, starym głosem bez entuzjazmu. Sztab Obamy wyraził nadzieję, że wszyscy kibice futbolu obejrzeli również wystąpienie McCaina. Trudno o większą złośliwość.

Wbrew temu, co lubią powtarzać dziennikarze, Steve Schmidt (strateg McCaina) nie jest protegowanym Karla Rove'a. Wręcz odwrotnie, ten 38-latek ciągnął kampanie Lamara Alexandra w 2000 roku i dwie kampanie Arnolda Schwarzeneggera (2003 & 2006). Steve Schmidt jest też odpowiedzialny za kontakty z Log Cabin, czyli republikańskimi gejami i lesbijkami, gdyż siostra stratega jest lesbijką. Log Cabin wsparła oficjalnie (http://www.gaywired.com/Article.cfm?Section=66&ID=20181) parę McCain-Palin, gdyż Palin m.in. popiera usankcjonowane urzędowo związki partnerskie - żeby mogli opiekować się partnerami w szpitalu, mieć prawa przy pochówku czy innych intymnych i rodzinnych sprawach. Z sondażu dla CBS News i New York Timesa wynika, że 48% delegatów republikańskich na konwencję popiera instytucję związku cywilnego dla gejów.

SARAH PALIN


Wybór Sary Palin to zwycięstwo Dicka Morrisa. To on od miesięcy upierał się, że nie chce "kolejnego nudnego gubernatora z południowego stanu". Morris ciągle powtarzał, że McCainowi potrzeba kogoś, o kim będzie się gadać, dyskutować i kłócić. McCainowi trzeba zaskakującego wyboru, który przywroci nudnej kampanii element "mavericka", czyli przypomni, że McCain chadza swoimi drogami. Dick Morris wolał Joe Liebermana (to byłby pierwszy międzypartyjny tandem od Lincolna-Jacksona), ale Karl Rove uparł się, by dbać o konserwatywną bazę, że do zwycięstwa potrzeba mobilizacji religijnych. No i proszę. Wyciągnęli Palin jak królika z kapelusza.

Sarah Palin nie miała żadnych przyjaciół na Kapitolu i w mediach. Maszyna Romneya ma swoich dziennikarzy, senatorzy chcieli Joe Liebermana.

"Mamuśkę hokeisty od pitbulla różni tylko szminka", twierdzi Sarah Palin. To zenergetyzowało prawicę. Tylko 25% zwolenników McCaina deklarowało entuzjazm dla jego kandydatury, odkąd jednak jest to tandem McCain-Palin, poziom entuzjazmu wzrósł do 55%. Baza religijna ruszyła się. Gorącą chęć pójścia na wybory wyraża już 66% evangelicals, choć jeszcze tydzień temu tylko 57% chciało iść do urny.

Sarah Palin umie czytać z promptera napisane dla niej przemówienia. Czy jest dobra w wywiadach? Nie wiemy i się prędko nie dowiemy. W czasie konwencji miała za zadanie dorównać Obamie w świeżości i w dobrych przemówieniach, których słownictwo cyzelował Frank Luntz (oficjalnie zatrudniony przy kampanii republikanów, autor zwycięskiej kampanii Newta Gingricha w 1994 roku). Dlatego Sarah Palin nic nie mówi o tym, że jest kreacjonistką i że jest przeciwna aborcji nawet w przypadku gwałtu. Czego jeszcze nie mówi Sarah Palin? Jak dotąd ani razu nie usłyszeliśmy z jej ust nazwiska "George Bush" ani jakiejkolwiek wariacji słowa "republikański".

Przemówienie Sary Palin obejrzało 37 milionów, w tym 19,5 mln kobiet. Zgarnęła 25% wszystkich widzów powyżej 55 roku życia, a jedynie 2% nastolatków. To pożądany wynik. Dla porównania Obamę obejrzało 38 milionów. Mało tego, trzeci dzień konwencji republikańskiej śledziło 1,4 mln hiszpanojęzycznych, o 200 tysięcy więcej, niż trzeci dzień demokratycznej. Wynik ten osiągnięto pomimo tego, że dwie kablówki Univision i Telemundo nie nadawały republikanów.

Koncepcja Dicka Morrisa, by odciągnąć wyborców zarówno od McCaina jak i Obamy ma wielką szansę się we wrześniu ziścić. Przez cały wrzesień każde słowo Sary Palin będzie przedmiotem roztrząsań i analiz semiotycznych, pojawi się mnóstwo komiksów, rysunków i wierszyków w gazetach. Artykuły o jej śmiesznym akcencie trafią na czołówki. Będą jej ciekawi gdziekolwiek pojedzie i będzie ściągała tłumy. Każdy będzie chciał coś o niej wiedzieć, a główny korespondent New York Timesa Adam Nagourney na pewno uprze się, by spędzić z nią przynajmniej tydzień 24h na dobę. Wybór Sary Palin zaowocował napływem zaproszeń na szereg konferencji i zjazdów całkiem sporych organizacji - Krajowy Związek Firm Budowlanych już zaklepał jej obecność na swoim zjeździe. Co niemiara będzie też zjazdów organizacji charytatywnych i religijnych.

Sposób sprawdzenia wszystkich faktów o Palin przed nominacją też jest nietypowy. Zamiast małej grupy researcherów zwrócono się do kilkudziesięciu osób z prośbami o sprawdzenie pojedynczych faktów. Osoby te nie wiedziały o sobie wzajem, nie informowano też o procesie samej pani gubernator. W ten sposób uniknięto zainteresowania, o które łatwo, bo Alaska to mało ludny stan i plotki przenoszą się błyskawicznie. Efektem był 40-stronicowy raport dla Johna McCaina. Na końcu zadano Palin 70 bardzo "inwazyjnych w prywatność" pytań - podczas trzygodzinnego odpytywania Palin ujawniła, że najstarsza 17-letnia córka jest w ciąży, a 20 lat wcześniej mąż był aresztowany. Przejrzano też wszystkie zeznania podatkowe i umowy bankowe i ubezpieczeniowe.

sobota, 9 sierpnia 2008

Pas Biblijny kluczem do zwycięstwa. Andrzej Kozicki.

Bill Clinton w swojej autobiografii twierdzi, że sprzymierzenie się Kennedy'ego z Martinem Lutherem Kingiem zmieniło mapę wyborczą Ameryki tak, że odtąd jedynie kandydat ze stanów południowych może zdobyć Biały Dom dla Partii Demokratycznej – nazwał to „Southern Strategy” (strategią stanów południowych).


Przywrócenie godności Murzynom, odtąd nazywanymi Afroamerykanami, zapewnienie im szans emancypacji i promowanie egalitaryzmu oraz budowa systemu opieki społecznej na długie lata zantagonizowała uprzedzonych rasowo Białych i oddała stany południowe w ręce republikanów. Jak wielka to była rewolucja niech świadczy fakt, że do połowy XX wieku małżeństwa między Białymi i Murzynami były zakazane, nawet jeśli uczęszczali do tego samego kościoła.


Na potwierdzenie działania „Southern Strategy” Bill Clinton podaje, że jedynie dwaj demokraci – Carter z Georgii w 1976 i właśnie Clinton z Arkansas w latach 1992 i 1996 znaleźli się za biurkiem w Gabinecie Owalnym.


To Zbigniew Brzeziński okazał talent „kingmakera”, gdy wynalazł nauczyciela szkółki niedzielnej Jimmy Cartera, młodego gubernatora Georgii, i na przekór establishmentowi Partii Demokratycznej podjął rebeliancką walkę o uczynienie go prezydentem. To właśnie strateg Brzeziński postanowił wypromować sejmik w Iowa, na który to stan nikt w historii Ameryki nie zwracał dotąd uwagi. Iowa to stan wiejski, niezbyt ludny i z dala od Waszyngtonu, ale za to sejmik w Iowa był – i do dziś pozostaje – pierwszym starciem w prawyborach. Carter wykorzystał efekt kuli śnieżnej, czyli wygrał w religijnym Iowa, żeby zdobyć zainteresowanie mediów i tak powoli – od prawyborów do prawyborów – osiągnąć pozycję, w której faworyci nie będą mu w stanie zagrozić. Od tej pory już wszyscy zwracają uwagę na sejmik w Iowa.


Z kolei Bill Clinton to „self-made man”, był sobie sterem i okrętem. Dick Morris nie mógł zdominować administracji Clintona, bo bardziej był sondażowcem, niż strategiem. Jak wielokrotnie Morris podkreślał, Clinton pytał się go „jak” osiągnąć zamierzone cele – a w przypadku Brzezińskiego, Carter pytał się go raczej „co” należałoby osiągnąć.


Morris nie lubi wracać do sprawy wyboru kandydata na wiceprezydenta u boku Clintona w 1992 roku. Podobnie jak wszyscy inni, wolał wtedy postawić na kogoś starszego niż Al Gore, najlepiej kogoś z zagranicznym obyciem. Bill Clinton wybrał jednak Gore'a i twierdzę, że stało się to właśnie z tej racji, iż Clinton wierzył w „Southern Strategy” – senator z Tennessee zwiększał szanse na zgarnięcie elektorskich głosów stanów Południa. Identyfikacja Tennessee z Południem jest bowiem tak silna, że w 2000 roku w stanie tym wygrał kandydat z leżącego na południu Teksasu, a nie ich własny senator i rodzimy wiceprezydent – Al Gore. Działanie „Southern Strategy” dobrze widać też na przykładzie Georgii (aż 15 głosów elektorskich), która zawsze głosuje na kandydatów z Południa. W ten sposób Clinton dwa razy odbił ją republikanom, mając średnią przewagę 216 tysięcy głosów, a następnie dwa razy wygrał w niej Bush ze średnią przewagą 426 tysięcy głosów.


Wydaje się też, że Bill Clinton zaszczepił ideę „Southern Strategy” swojej żonie, Hillary, która dla Billa przeniosła się do Arkansas ze stolicy federalnej, gdzie była na ścieżce awansu na szefową krajowego biura legislacyjnego i tym samym Arkansas ją zaadoptowało jako „swoją”. Rzeczywiście, w tak zwanym Bible Belt – Pasie Biblijnym, czyli religijnych stanach Południa – w prawyborach Hillary Clinton pokazała swą siłę. Przekonanie Clintonów o niezawodności „Southern Strategy” zawiodło ich do wykupienia tydzień temu domen internetowych Hillary2012, itp. Oni po prostu nie wierzą w zwycięstwo kandydata z Północy, którym jest Barack Obama.


Czy Clintonowie mają rację? Być może nie, bo to właśnie Barack Obama został odnaleziony w stanowej legislaturze przez Zbigniewa Brzezińskiego, żeby mógł wystąpić cztery lata temu na konwencji Johna Kerry'ego. Południe to dawne stany niewolnicze, a więc z wysokim odsetkiem Murzynów. Kiedy Brzeziński tak wcześnie zaczął promować Obamę na kandydata, to znając strategiczne nawyki byłego szefa Rady Bezpieczeństwa Narodowego zapewne kalkulował, że zwiększenie – bardzo niskiej wśród Murzynów – frekwencji może zrekompensować balast w postaci reprezentowania przez Obamę północnego Illinois. W ten sposób niewielka zmiana formuły „Southern Strategy” na nowo przywróciłaby demokratom prezydenturę światowego mocarstwa.


Rozwiążmy zatem zagadkę „Southern Strategy” w przypadku Baracka Obamy. Czy Barack Obama jest w stanie przejąć Pas Biblijny i tym sposobem wygrać wybory? O ile musiałaby się zwiększyć frekwencja wyborców murzyńskich, żeby Obama wygrał. Dokonajmy symulacji na podstawie wyników z 2004 roku. Wówczas John Kerry zdobył poparcie 88% Murzynów, a obecnie na Obamę zamierza głosować 95% Murzynów. Już po tych danych widać, że różnica 7 punktów udziału sama w sobie nie wystarczy i sedno sprawy leży w zwiększeniu rejestracji wyborczej, a co za tym frekwencji. Murzyni stanowią bowiem 12% populacji Stanów Zjednoczonych, ale zaledwie 5% wyborców.


Jest 12 stanów, w których Murzyni stanowią więcej, niż 5% miejscowej ludności. Poniższa tabela przedstawia o ilu więcej Murzynów powinno udać się do lokali wyborczych, żeby w danym stanie wygrał John Kerry (pierwsza kolumna, na podstawie prawdziwych wyników) czy Barack Obama (druga kolumna, wszędzie zakładając poparcie Obamy wśród 95% Murzynów).


John Kerry

Barack Obama

Ohio

20%

0%

Nevada

28%

8%

Floryda

56%

23%

Wirginia

58%

30%

Płn. Karolina

73%

36%

Płd. Karolina

81%

41%

Luizjana

64%

48%

Mississippi

70%

51%

Georgia

96%

64%

Arkansas*

65%

65%

Missouri

88%

67%

Tennessee

142%

116%

* John Kerry zdobył 94% murzyńskich głosów w Arkansas.


Jak widać z symulacji, zwiększenie frekwencji mogłoby realnie zmienić wynik w trzech stanach – Ohio, Nevadzie i Florydzie – które i tak należały do grupy „swing states”, czyli pól bitewnych. Fakt, że Barack Obama jest Murzynem nie zmienia zatem dotychczasowego działania „Southern Strategy” – nadal dla wygrania wyborów jako demokrata musisz być Białym z Południa, który afiszuje się ze swoją religijnością.

Obama swoim wielorasowym pochodzeniem wprowadza do gry zupełnie inne stany, wszystkie leżące na granicy z Kanadą – która w oczach wielu Amerykanów sączy przez granicę socjalistyczne ideały oraz Oklahomę i Kansas, gdzie jest najwyższy odsetek (poza Kalifornią) małżeństw międzyrasowych. Tylko, że to są stany, w których Partia Demokratyczna jest słaba organizacyjnie i trudno sobie wyobrazić, że do listopada uda się nadrobić wieloletnie zaniedbania w strukturach partyjnych.

Kluczem pozostaje Południe. W Bible Belt mógłby zwiększyć Obama swe szanse wybierając na wiceprezydenta Tima Kaine'a – antyaborcyjnego gubernatora Wirginii. Czy jednak Partię Demokratyczną, w której ostatni raz na konwencji zwolennik praw dzieci nienarodzonych przemawiał w 1980 roku, stać na dyskusję o aborcji?

Andrzej Kozicki

wtorek, 5 sierpnia 2008

Wojna: Izrael, Iran i Obama

niedziela, 27 lipca 2008

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Michigan & Florida.

czwartek, 15 maja 2008

"SMS od Obamy"

"Było, nie było ?"

Barack Obama zadzwonił do Hillary Clinton z gratulacjami po jej wygranej w prawyborach w Zachodniej Wirginii, ale pani senator wyłączyła komórkę i się do niej nie dodzwonił.

Prawdopodobnie wysłał jej esemesa. Nie wiemy jak sms wyglądał, ale jako blogerzy świadomi amerykańskiej kultury sądzimy, że prawdopodobnie był taki: "Hil, kewl job in wv. Luv, Bam." (Hil, dobr rob w zach. w. Cmok, Bam)

niedziela, 11 maja 2008

Wyborcom bliżej do McCaina. Andrzej Kozicki.


Grafika Associated Press ukazuje wyniki sondażu, z którego wynika, że wahadło wyborcze jest przesunięte lekko na korzyść konserwatyzmu ideowego i że Johnowi McCainowi dużo bliżej do centrum sceny politycznej, niż Barackowi Obamie czy Hillary Clinton.

piątek, 9 maja 2008

niedziela, 4 maja 2008

Clinton v. Obama


Jak dotąd Obama wygrywał w hrabstwach zdominowanych przez murzyńskich(afroamerykańckich) albo dobrze wykształconych wyborców. Clinton wygrywała wśród jednolitych etnicznie oraz gorzej wykształconych wyborców.New York Times.

wtorek, 22 kwietnia 2008

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Kłopoty w Pensylwanii

środa, 16 kwietnia 2008

Osama bin Ladin

sobota, 29 marca 2008

"Obama będzie nominowany"

wtorek, 25 marca 2008

Barrack Obama. Reakcje.

Czy po wysłuchaniu rasowego orędzia Barracka Obamy jesteś bardziej czy
mniej skłonny poprzeć go w wyborach na prezydenta?

52% Mniej chętny
19% Bardziej chętny
27% Nie ma zmiany w moich odczuciach
2% Nie mam zdania

W tym: 48% -- 28% wśród demokratów
i 56% -- 13% wśród niezrzeszonych (independents)

Badanie InsiderAdvantage/Majority Opinion Research wykonane 19 marca
na 807 Amerykanach, którzy wysłuchali/przeczytali mowę Obamy, spośród
łącznej próby 1051 Amerykanów (+/- 3,2%)

czwartek, 13 marca 2008

Gubernator Nowego Jorku - wyznania prostytutki. Andrzej Kozicki.

To był najbardziej zakręcony facet, którego doprowadzałam do wzwodu, a wierzcie mi - widziałam wielu świrów.


Nie myślcie sobie. To nie zwykły zboczeniec - nie chciał, bym go biła, nie chciał, bym go związała, nie chciał, bym go prowadziła na smyczy. Natomiast domagał się, by jego wargi były wciąż nabrzmiałe... od mówienia. Tak, od mówienia. Nie chodzi o to, że ze mną gadał, przekomarzał się, wyżalał albo mówił pieprzoty szeptem mi do ucha. Chciał mówić. Pierwsza rzecz, gdy się pojawił w sypialni, to sprawdził w co jestem ubrana i dał znać, by wwieziono mównicę.

On [gubernator Spitzer] poszedł pod prysznic, a dwu jego ochroniarzy przytaszczyło przenośną mównicę z godłem stanu i zainstalowało podest. Wyszedł z łazienki w obcisłych gaciach, sięgających raptem kolan, i przebrał mnie w - przyniesione przez siebie - zielony golf z długimi rękawami i płócienne spodnie. Tak właśnie sobie życzył, więc tak właśnie było. Zawsze klient nr 9 tak się zachowywał.

Sadzał mnie przed mównicą, wypraszał ochronę, wchodził na podest i zaczynał mówić. Już wtedy zaczynałam się pocić, było tak gorąco, musiałam siedzieć niby w pierwszym rzędzie, a jego moja niewygoda podniecała. I zaczynał mówić: "Przede wszystkim, chcę podziękować wszystkim, którzy sprawili, że tego wieczoru jesteśmy razem: telefonistce w burdelu, która przyjęła mój telefon, oddanym i pracowitym ludziom, którzy zarządzają moim i twoim kalendarzem zajęć, inwestorom w rynek porno, którzy działają na rynku pełnym niebezpieczeństw i wszystkim, którzy parają się ciężką robotą w naszej ojczyźnie. Przede wszystkim chciałbym podziękować Ashley, która poświęciła kilka godzin, żeby przylecieć do mnie do Waszyngtonu i uświetnić swoją obecnością tę godną zapamiętania, historyczną chwilę. Ashley, czy mógłbym cię prosić o powstanie, żeby każdy mógł cię zobaczyć?".

"Ale Kliencie nr 9", powiedziałam. "Jesteśmy w tej sypialni tylko we dwoje".

"Proszę panią Ashley, żeby powstała", nie reagował. "Pokazała się nam wszystkim i do wszystkich uśmiechnęła". No to wstałam, rozpromieniłam się jak w telewizji, najpierw do firanek i zasłon, potem do mahoniowego sekretarzyka, potem do zdobiącego ścianę zdjęcia pomnika Jeffersona. Potem z gracją siadłam. Bo w końcu Klient nr 9 zawsze dostawał ode mnie to, za co płacił -- zawsze spełniałam zachcianki klientów.

"A teraz chciałbym powiedzieć kilka słów o korupcji. Całe swoje życie, odkąd przyjęto mnie do przedszkola, zwalczałem korupcję. Kiedy już dostałem się do zerówki i uczyłem się liter i cyfr, to przeprowadziłem poważne śledztwo. Odkryłem, że dostajemy złą kredę do pisania na tablicy -- kreda się łamie, pyli nadmiernie, nie spełnia standardów twardości kredy, wyznaczanych przez departament edukacji. Wziąłem sprawę w swoje ręce i udałem się do woźnego, a następnie księgowej i dyrektora, żeby nie tylko zamawiano elastyczną, jaśniebiałą kredę, ale by producenta trefnych kred wsadzono za kratki na lat przynajmniej 15. Potem, gdy byłem już w drugiej klasie podstawówki..."

Spocona, wciąż w golfie i spodniach zbudziłam się jakiś czas potem na podłodze. Gubernatora już nie było, zostawił tylko kartkę, że za tydzień znów ma na mnie ochotę.

tłum. Andrzej Kozicki

James Heffernan

Exclusive: Ashley Tells All About Client 9

The Huffington Post, March 12, 2008.