Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Banaszak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Banaszak. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 maja 2008

Bój kontra spokój. tłum. Marta Banaszak.

Bój kontra spokój
David Brooks. 6 maja 2008
Tłum. Marta Banaszak

Życie jest krótkie – za to kampanie – długie. Podczas nich każdy kandydat
przeżywa momenty chwały i porażki. Jednakże, to co naprawdę ma
znaczenie, to coś głębszego niż pasmo wzlotów i upadków – mianowicie,
pewne podstawowe zasady. Te zasady rządzące wyścigiem Obamy i Clinton
były doskonale widoczne podczas niedzielnego poranku [w sieci telewizyjnej ABC].

W politycznym talkshow „This Week", prowadzonym przez George'a
Stephanopoulosa, Hillary Clinton wcieliła się w rolę pierwszego Rambo
Demokratów. Kampania Clinton wydaje się dążyć do sprowadzenia całego
wyścigu wyborczego do jednej rzeczy: rzekomej konieczności nadgonienia standardom męskości. I tak, wszystko co robi Clinton skupione jest na
ferowaniu wyroków, walce i dominacji samców alfa.

W trakcie programu, gdy już padło kilka pytań, Clinton podniosła się
nagle ze swego krzesła, wznosząc się złowieszczo nad Stephanopoulosem.
Wrażenie, które można było odnieść oglądając wybryk Clinton, da się porównać
do przypatrywania się, jak ktoś w ciemnej uliczce dostaje szturchańca
od swojego szkolnego wychowawcy. Ameryka nie widziała tak bezczelnego, średniowiecznego pokazu próby fizycznego zastraszenia, odkąd Al Gore potowarzyszył
George'owi Bushowi w spacerze po scenie, na której odbywała się debata [kampania prezydencka 2000].

Jej próba zdominowania show była jednak niczym, w porównaniu z jej
próbą zdominowania prawdy. Przez pierwsze 30 minut, nie wymówiła ani
jednego szczerego, uczciwego słowa, włączając w to, jak powiedziałaby
Mary McCarthy, „and" (ang. oraz/i) oraz „the" [przedimek określony w
jęz. angielskim].

Clinton zachwalała swoje fikcyjne „wakacje od podatku paliwowego" i
powtórzyła próbę oskarżenia outsourcingu i Nafty o utraty pracy w
Indianie . Gdy Stephanopoulos poprosił ją, by wymieniła choć jednego
ekonomistę, który uważa, że plan wakacji od podatku paliwowego byłby
skuteczny, córa Wellesleya i Yale wykorzystała to jako szansę, by
porozstawiać kogo trzeba po kątach, kwitując „Nie zamierzam składać
swego losu w ręce ekonomistów".

Gdy Stephanopoulos zwrócil uwagę, iż Paul Krugman, dziennikarz
„Timesa", rozbudził obawy co do powodzenia tego planu, Clinton
powiązała Krugmana razem z administracją Busha i powiedziała, że nie
będzie czerpała rad od osób, które były odpowiedzialne za ostatnie
siedem lat.

To była bezwstydna manipulacja, a do tego, bezwstydna celowo. Clinton
zasygnalizowała, że nie zamierza ani trochę ustąpić potężnej
konspiracji elit. Nie czuła się także winna, ignorując dowody.
Pragnęła je stratować, obedrzeć ze skóry i pozostawić w formie
trzęsącej się na ziemi galarety. Zamierzała dopełnić pierwotnego
obowiązku samca alfa, pomagając własnemu stadu.

Zupełnie inny klimat wytworzył Barack Obama, w „Meet the Press" [kolejny poranny program publicystyczny sieci NBC]. Jego kampania przez ostatnie miesiące znajdowała się w strefie ciszy. Nigdy nie udało mu się wyjaśnić, jak miałby właściwie przekształcić politykę, a jego konwencjonalne treści zaczęły przyćmiewać jego niekonwencjonalny styl.

Niemniej jednak, jak ukazał to w niedzielę wyraźny kontrast, Obama nadal zachowuje swe ludzkie oblicze. W dalszym ciągu wydaje się powracać do
pewnego rodzaju strefy normalności, gdzie zamieszkuje jego własna
refleksja. Nie był do końca szczery, gdy odpowiadał na pytania
dotyczące Wielebnego Jeremiah Wrighta, ale pewna wewnętrzna balustrada
powstrzymuje go przed zbytnim oddaleniem się od prawdy. Pełen namysłu
oraz skłonny do dialogu, nie wygląda na człowieka, który posiada
kluczową cechę Clinton: automatyczne zakładanie, że krytycy są zawsze
w błędzie.

Obama wciąż utrzymuje swój dar homeostazy, zdolności powrotu do
emocjonalnej równowagi i spokoju, nawet pośród histerii. Jego
zadziwiające opanowanie zostało odebrane jako słabość w boju z
Clinton, ale stanowi również sedno jego obietnicy na zmianę polityki.
Poprzysiągł on bowiem złagodzić nienawiść oraz uleczyć podziały.

To właśnie ten kontrast pomiędzy bojem i spokojem charakteryzuje
wyścig Demokratów. Clinton w swym rozumowaniu przyjmuje implicite, iż
polityka to z natury perfidny interes. Ludzka natura, jak stwierdziła
Clinton w niedzielę, pokazuje, że postęp przychodzi jedynie poprzez
podbój. Lepiej więc wybierzcie lidera, który umie poniżać. Lepiej
wybierzcie kogoś, kto daje sobie prawo do brutalnego postępowania.

Kampania Obamy wyrasta z długiej tradycji reformatorskiej. W swym rozumowaniu, Obama z kolei przyjmuje implicite pogląd, że polityka nie musi tak
wyglądać. Nieszczerość i brutalność nie są nieuniknione – przeciwnie,
stanowią przeszkodę. Przyjaciel i zwolennik Obamy Cass Sunstein opisał
ideały Obamy w „Nowej Republice" („The New Republic”): „Obama wierzy, że
prawdziwa zmiana wymaga zazwyczaj konsensusu, uczenia się i
dostosowania się.".

Powyższe poglądy uważa się w obozie Clinton za naiwne bzdury.

Kwestie poruszane w kampanii wciąż się zmieniają, jednak ten sam wątek przewija się przez cały wyścig. Jedni wierzą w czystą siłę argumentów władzy,
drudzy w siłę komunikacji.

Wszyscy oni są natomiast niedoskonałymi głosicielami swych credo.
Clinton pomstuje na „groszorobów z Wall Street", ale jej strategie
polityczne często zaczerpnięte są ze skrzydła partii pochodzącego
właśnie z Wall Street. Obama mówi o postpartyjnym kompromisie w ogóle,
ale rzadko w szczególe.

Mimo to, pośród prezydenckiej burzy, podstawowy światopogląd kandydatów
będzie kształtował ich przyszłą prezydenturę. Obama - instynktownie
konwersacyjny, mobilizujący społeczeństwo. Clinton, jak sama to ujęła,
będzie walczyć i walczyć. Jeżeli zaś zostanie wybrana, posiądzie
wystarczająca władzę, aby przekształcić swą Hobbesowską wizję walki w niemiłosierną rzeczywistość.

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

"Według sondażu Gallupa...."tłum. Marta Banaszak.

"Według sondażu Gallupa, wielu Demokratów jest gotowych glosować na
McCaina, jeśli ich faworyt nie zostanie wyłoniony do listopada".

Wielu spośród zwolenników Hillary Clinton i Baracka Obamy jest
gotowych wzgardzić Partią Demokratyczną i zagłosować na Johna McCaina
w listopadzie, jeżeli ich kandydat do tego czasu nie wygra nominacji
prezydenckiej, jak podaje nowy sondaż Gallupa opublikowany w środę.

Kolejny sondaż ze środy pokazuje, iż większość wyborców, a w tym 85%
Demokratów, dopuszcza możliwość, iż walka pomiędzy Clinton i Obamą nie
zostanie rozstrzygnięta przed konwencją w sierpniu.

Pośród osób, które określiły się jako zwolennicy Hillary Clinton, 28%
powiedziało, iż głosowałoby na McCaina, jeżeli Obama byłby jego
przeciwnikiem, jak wynika z sondażu śledzącego wybory "Gallup Poll
Daily", przeprowadzonego między 7-22 marca.

Ten sam sondaż pokazał, iż 19% zwolenników Obamy, zmieniłoby swe
sympatie i zagłosowało na McCaina, jeśli Clinton okazałaby się
kandydatką Demokratów.

Sondaż przebadał 6 657 wyborców Demokratycznych w skali krajowej oraz
ma 2% margines błędu.

Analitycy Gallupa pokazali również, iż wyborcy wykazują tendencję do
grożenia opuszczeniem partii, ale niekoniecznie tak postępują. Według
ostatniego sondażu Gallupa, 11% wyborów Republikańskich powiedziało,
iż zagłosowałoby na inną partię albo w ogóle nie poszłoby do wyborów,
jeżeli okazałoby się, iż McCain nie posiada bardziej konserwatywnego
od siebie przeciwnika.

Historycznie rzecz biorąc, według zespołu analityków Gallupa, czynnik
zmiany partii nigdy nie okazał się aż tak znaczący. Mniej niż 10%
Republikanów i Demokratów przeszło na stronę przeciwnej partii w
przedwyborczych sondażach Gallupa między 1992 a 2004 rokiem.

W drugim z sondażu, Rasmussen odkrył, iż 87% wszystkich wyborców -
oraz 85% Demokratów - wierzy, że jest "w pewien sposób możliwe", iż
zarówno Clinton, jak i Obama utrzymają się w wyścigu aż do konwencji.
52% Demokratów powiedziało, że "bardzo możliwe" jest, że nominacja nie
zostanie przesądzona do czasu konwencji.

Sondaż Rasmussena (24-25 marca, 800 potencjalnych wyborców, +/- 4
punkty procentowe) pokazał także, iż po obu stronach wyścigu
Demokratów panuje podobna niechęć do rywala: 22% zwolenników zarówno
Clinton, jak i Obamy powiedziało, że uważa, iż z wyścigu odpadnie ten
drugi kandydat.

FOXNews.com
Środa, 26 marzec 2008

środa, 26 marca 2008

Przemówienie człowieka myślącego. tłum. Marta Banaszak.

Pomyślałam sobie, że przemówienie Obamy było donośne, przemyślane i znaczące. W pięknym stylu, było to przemówienie przy którym się myśli, nie zaś klaszcze. Jasnym było, że tego właśnie chciał Obama, i że było to czymś wyjątkowym.

Opisywane przemówienie wydawało mi się tak szczere, jak tylko mogło być w przypadku człowieka o pozycji Obamy, w ramach pewnych granic stwarzanych przez politykę. Samo w sobie stanowiło znaczący wkład – czas pokaże, czy okaże się on sukcesem. Gildia pyszałków, dumny członek począwszy od 2000 r., pochwalił przemówienie, ale największym dowodem szacunku do niego był fakt, iż reakcją wiadomości nadawanych przez stacje kablowe była nie drwina czy zblazowanie wtajemniczonych kręgów, lecz namysł. Podjęto dyskusję - myśliciele lewicy i prawicy, czarni i biali zaczęli rozmyślać na temat sposobu, w jaki doświadczają „rasę” w Stanach Zjednoczonych. Było to naprawdę niesamowite. Pomyślałam sobie: Go America, go, go.

Wiecie, co powiedział Pan Obama. Wielebny Jeremiah Wright się mylił. Jego kazania „podburzały” oraz „umniejszały zarówno wielkość jak i dobroć naszego narodu”. Obama przyznał, iż gdyby wszystko co wiedział o Panu Wright sprowadzałoby się do tego, co zobaczył na YouTubie, też by go nie lubił. Jednakże, przez 20 lat znał go jako człowieka, który uczył go wiary chrześcijańskiej, pomagał biednym, służył w marynarce oraz przywodził społeczności pomagającej biednym, potrzebującym i chorym. „Mimo swych niedoskonałości, było on dla mnie jak ktoś z mojej rodziny”. Obama stwierdził, iż nie zamierza wyrzec się ich przyjaźni.

Co najbardziej istotne, Pan Obama zapewnił, iż rasa w Ameryce to pokoleniowa opowieść. Pierworodny grzech niewolnictwa pozostaje faktem, ale postęp jaki dokonał się na przestrzeni ostatnich 50 lat oznacza, iż każde pokolenie inaczej doświadcza „rasę”. Starsi czarnoskórzy Amerykanie, jak Pan Wright, pamiętają Jima Crowa, a wspomnienie te zniekształciło ich światopogląd. Niektórzy wtedy się podnieśli, niektórzy nie – w tym drugim przypadku, „dziedzictwo klęski” zniekształcało kolejne pokolenia. Rezultat? Destrukcyjny gniew, który jest czasem „wykorzystywany przez polityków” i który powstrzymuje Afro-Amerykanów „przed uczciwym spojrzeniem na naszą własną skomplikowaną kondycję.” Jednak „podobny gniew istnieje wśród segmentów białej społeczności”. Obama mówił o białych klasy robotniczej i klasy średniej, których „doświadczenie to doświadczenie imigrantów” i którzy zaczęli od zera. „Jeśli o nich chodzi, to zbudowali wszystko własnoręcznie, nikt im niczego nie dał”. „A wiec, jeśli mówi się im, aby przez całe miasto dowozili busem dzieci do szkoły”, gdy słyszą, iż ktoś dostaje przywileje, których oni nigdy nie mieli, oraz gdy mówi się im, iż ich „lęki dotyczące przestępczości w miejskim sąsiedztwie są w pewien sposób uprzedzone”, również odczuwają złość.

Ot i cała prawda. A my nie przywykliśmy do szczerych figur politycznych, i to wypowiadanych w ten sposób, na forum publicznym. Za to właśnie należy się Obamie duże uznanie. Prawdą jest również, iż grupy białych, do których Obama się odniósł – grupy etniczne, klasa średnia – to ni mniej ni więcej ci wyborcy, których potrzebuje przeciągnąć na swoją stronę w Pensylwanii. Było to sprytne zagranie strategicznie. Jest jednak jeszcze jeden fakt - Obama miał okazję przeżyć na własnej skórze czasy desegregacyjnego przewozu szkolnymi busami [praktyka stosowana w USA w latach 70 i 80, mająca na celu znieść segregację rasową w amerykańskich szkołach, poprzez przypisywanie i transport dzieci do wybranych szkół, w taki sposób, aby przełamać dyskryminacyjną organizację szkół oraz podział na dzielnice]. Jego wspomnienia z tamtych lat wciąż wywołują łzy. Tym bardziej ucieszyło mnie, iż przyznał, że polityka przewozu dzieci do szkół była odbierana przez białą klasę pracującą jako jawna niesprawiedliwość. Kolejny krok: przyznanie, iż była to niesprawiedliwość, kropka.

***

Pierwotna retoryczna zaleta tej mowy może być opisana przez dwa słowa – endemiczny i Faulkner. „Endemiczny” należy do takiego gatunku słów, którego doradcy polityczni nie pozwalają używać politykom, ponieważ 72% Amerykanów ich nie rozumie. Ta strategia „najmniejszego wspólnego mianownika”, właściwa niezbyt rozważnemu prowadzeniu wyborów, już od dawna degraduje amerykański dyskurs. Gdy Obama powiedział, że Pan Wright niesłusznie propagował „pogląd, jakoby rasizm białych był zjawiskiem endemicznym”, każdy go zrozumiał. Ponieważ „oni” nie są tak naprawdę głupi. Jeżeli zaś chodzi o Faulknera – no cóż, amerykański polityk zacytował Williama Faulknera: „Przeszłość nie jest martwa i pogrzebana. Właściwie to nie jest nawet przeszłość”. To jest dopiero myśl, ciekawa w istocie, co oznacza, że większość współczesnych polityków nigdy by się takimi przemyśleniami nie podzieliło.

W swym przemówieniu Obama założył, iż ma do czynienia z inteligentną publicznością. Był to komplement, i podejrzewam, że został odebrany jako prezent. Obama założył również, iż wiele ze słuchających go osób jest wyedukowanych. Byłam za to wdzięczna, jako że Amerykańska polityka rzadko zwraca się do tej części społeczeństwa.

Przykładam tutaj szczególną wagę do tego aspektu przemowy, który może mieć dobroczynny wpływ na współczesną retorykę. Obecnie zakłada się, iż kandydat musi wypowiedzieć infantylny i nudny frazes typu „A rodziny z Michigan są dla nas ważne!” albo „To co ja reprezentuję, to dobrej jakości służba zdrowia, na którą będzie was stać!” – po czym przychodzi czas na oklaski publiczności. Wypowiedź oraz aplauz tworzą razem ośmiosekundowy slogan wyborczy, który będzie powtarzany tego samego wieczoru w wiadomościach oraz oglądany przez ludzi. Tak wygląda standardowa polityczno-dziennikarska procedura ostatnich 20 lat.

Obama podważył to wszystko swoją mową. Nie było w niej frazesów do klaskania. Nie dostarczył wam tych ośmiu sekund wypowiedzi i następujących po niej oklasków. Mówił używając pełnych i długich paragrafów, które nie wołały o aplauz. To zmusiło producentów telewizyjnych do użycia dłuższych niż zawsze sloganów, aby oddać ich znaczenie. Dlatego właśnie wycinki jego przemówienia, które oglądaliście w telewizji, były ciekawsze niż zazwyczaj, co także przyczyniło się do tego, iż całe przemówienie było lepiej nagłośnione w mediach. Ludzie, którzy nie wysłuchali go w całości, ale widzieli tylko wybrane części w wiadomościach, byli w stanie pojąć rzeczywisty sens tego, co powiedział.

Jeśli Hillary albo McCain powiedzieliby coś interesującego, też dostaliby więcej niż osiem sekund. Ale miałoby to miejsce, gdyby pisali swe przemówienia bez zamiaru wywołania nimi oklasków zebranej publiczności. Powinni tego spróbować.

***

A oto co nie wypaliło. Pod koniec przemówienia, Obama pokazał Amerykę, która nie przywodzi na myśl Faulknera, ale raczej Williama Blake’a. Bankructwa, upiorne zakłady przemysłowe, utraty pracy oraz korporacyjna korupcja. Nie przeczę, jest trochę prawdy w tym obrazie, ale czemu poparcie dla Demokratów ma wynikać z tak beznadziejnie i aż nierealistycznie ponurych pobudek?

Nasunęło mi to skojarzenie z utrzymującym się przeczuciem – a właściwie obawą – iż „Obamawcy” może wcale nie wiedzą tak dużo o Ameryce. Są błyskotliwi, mogą poszczycić się wieloma osiągnięciami, są porządni, wiedzą wszystko o tym, jak to jest być yuppie czy buppie (czarny yuppie od ang. black yuppie), o zwyczajach Ligi Bluszczowej (ang. Ivy League) czy networkingu. Ale do całego tego dobrodziejstwa, wnoszą – może w postawie obronnej, aby utrzymać swe ideologiczne poglądy pod naporem świadectwa własnego życia lub, aby nie być zawstydzonymi własną sławą, sukcesem i władzą – nawykowe wręcz

powtarzanie, jak w Ameryce jest ciężko, jak ciężko jest być czarnym w Ameryce oraz, jak każdy od czasów Reagana walczy z głodem lub nieleczonymi chorobami. Ameryka zawsze przychodzi do nich o kulach.

Ale większość ludzi nie doświadczała ostatnich 25 lat w taki sposób. Ponieważ to nie było w ten sposób. Czy Obamowcy zdają sobie z tego sprawę?

To całkiem pokaźny bagaż do wniesienia do Białego Domu.

Mimo wszystko, to było dobre i poważne przemówienie. Czy pomoże Obamie, nie wiem. Poruszamy się po niezbadanym obszarze. Nigdy nie mieliśmy kandydata na prezydenta z czołowej partii, który byłby czarny (albo raczej, biało-czarny), i który wygłosiłby taką mowę. Nie wiadomo, czy będzie więcej wyborców zrażonych do Pana Wrighta, czy tych, którzy będą pod wrażeniem mowy o nim. Nie wiadomo również, czy wybory będą życzyć sobie dyskusji na tematy rasowe. Moje przeczucie mówi mi zaś, że ta przemowa będzie zapamiętana przez historię jako ta, która uratowała kandydaturę lub ta, która ją pogrążyła. Mam nadzieję, że okaże się to pierwsze.

„A Thinking Man's Speech.” WSJ. Peggy Noonan.

March 21, 2008; Page W16

http://online.wsj.com/article/SB120604775960652829.html?mod=googlenews_wsj

sobota, 23 lutego 2008

David Brooks: „Gdy czar pryska".

Na początku wyglądało to jak kilka odosobnionych przypadków znużenia wśród entuzjastów Mary Chapin Carpenter w Berkeley, Cambridge i Chapel Hill. Jednak potem psychoterapeuci zaczęli zdawać sobie sprawę, iż pacjenci z całego kraju narzekali na tą samą dolegliwość. Były to pierwsze oznaki tego, co nieuchronnie okaże się fenomenem na skalę ogólnonarodową – Syndromu Rozczarowania Obamą.


Ludzie dotknięci tą przypadłością przechodzili już fazy Obamo-manii – omdlenia na wiecach, łkanie nad ekranami dotykowymi podczas oglądania filmów z udziałem Obamy, spędzanie godzin przy wyrobie rękodzieł ludowych z podobizną Michelle Obamy [żony Baracka]. Pacjenci ci doświadczyli intensywnych przypływów nadziejo-aminy – substancji chemicznej odpowiedzialnej w mózgu za euforyczne wrażenie historycznych przemian oraz własnego wybawienia.


Jednakże, kiedy mijał tydzień za tygodniem, pacjenci odkryli, iż potrzebują coraz więcej zastrzyków czystszej nadziei aby podtrzymać swe uczucie pobudzenia. Nakręcali się, pragnąc coraz więcej nadziei, więcej nawet niż byłby im w stanie dać sam Papież Nadziei [Hope Pope], gdy jej natomiast nie otrzymywali, przechodzili drastyczne spadki samopoczucia, wywołane niedostatecznym poziomem wiary w przyszłość. Na stronie Facebooka 'Yes We Can! Zaczęły pojawiać się niepokojące posty. Poczucie nudy zaczęło zakradać się pomiędzy amerykańskie kluby fanów książek Iana McEwana (alias „Iana Makabry").


Do tej pory, przemówienia Wybrańca stanowiły dla nich nie tyle naginanie słów, co poruszenia duszy, przekraczające czas i przestrzeń. Jednak ci pozostający w uścisku Syndromu Rozczarowania Obamą, zaczęli zastanawiać się, czy Jego gadka ma w ogóle jakiś sens. Przykładowo, Jego Nadziejność mówi tłumom, iż jesteśmy nadzieją, na którą czekaliśmy. Ale skoro jesteśmy tą nadzieją na którą czekaliśmy, to czemu czekaliśmy tak długo, skoro wszyscy ciągle tu byliśmy?


Pacjenci cierpiący na S.R.O. z początku rzadko mówią głośno o swych wątpliwościach, jednakowoż, jak to się dzieje w klasycznym przypadku przeniesienia, wielu z nich odczuwa odrobinkę sympatii dla Hillary Clinton. Obserwują oni ponurą i mozolną wędrówkę jej kampanii od jednego zapadłego obszaru przemysłowego do drugiego – Siedzianą Sziwę [żydowski rytuał żałobny] amerykańskiej ziemi. Widzą, iż cała jej strategia polityczna zasadza się na czekaniu na prawybory w stanach nudnych jak ona sama.


Ludzie jej współczują. Czują się winni, ponieważ cały „komentariat" traktuje ją jak Richarda Nixona. Czy elity liberalne w ten sposób racjonalizują swą własną zdradę wobec niej? Czy Hillary to kolejna odchodząca w niepamięć Pierwsza Dama, odrzucona na rzecz pierwszego lepszego Mesjasza na pokaz?

W miarę jak Syndrom narasta, zaczynają padać pytania na temat samego Jaśniepana.


Barack Obama poprzysiągł przestrzegać zasad finansowania kampanii wyborczych z pieniędzy publicznych w okresie głosowania ogólnego jeżeli tak samo zrobiłby jego przeciwnik. Teraz jednakże Obama zaczyna się mocno zastanawiać nad daną przez siebie obietnicą. Dlaczego potrzebuje on porady swych doradców w takiej kwestii jak dotrzymanie słowa?


Obama twierdzi, iż praktykuje nowy rodzaj polityki, ale w takim razie dlaczego jego Political Action Commitee [komitet wyborczy, w skrócie „PAC"] władował aż 698,000 $ w kampanię wśród superdelegatów [establishment partii demokratycznej], jak donosi Center of Responisve Politics? Czy przekazanie Robertowi Byrdowi 10.000 $ jest tą „Zmianą, w którą możemy wierzyć" [hasło kampanii Obamy]?


Jeżeli Obama ceni sobie niezależne myślenie, to czemu jego głos jest zawsze najbardziej przewidywalnym liberalnym głosem w Senacie? Symulacja komputerowa „People for the American Way" zagłosowałaby w ten sam sposób, tyle że mniejszym kosztem.


A może powinniśmy być zaniepokojeni imponującą pewnością siebie Obamy?


Te i podobne wątpliwości doprowadzają cierpiących na S.R.O. do pytania, które jest już kompletnym szczytem świętokradztwa dla Obamo-maniaków – Jak właściwie miałaby nastać cała ta jedność, o której Obama tyle mówi?


Jak 47 letni nowicjusz zamierza zjednoczyć wysoce spolaryzowaną grupę 70-kilku przewodniczących komitetów [senackich]? Co się stanie, jeśli 261000 amerykańskich licencjonowanych lobbystów nie ujrzy światła, nawet po nałożeniu na nich rąk? Czy Pan-od-Zmian będzie miał wystarczająco dużo tupetu, aby zmierzyć się z grupami interesu wewnątrz swojej własnej partii – adwokatami, nauczycielskimi związkami zawodowymi, AARP [Amerykańskie Stowarzyszenie Emerytów, największe stowarzyszenie w USA]?


Gang Czternastu [grupa współpracujących centrowych senatorów z Partii Republikańskiej i Demokratycznej] osiągnął dwustronne porozumienie pomiędzy dwiema partiami odnośnie powoływania sędziów, ale Obama przesiedział to wydarzenie. Kennedy i McCain również wypracowali dwupartyjne porozumienie w sprawie imigracji. Obama wyłączył się z tych jego części, które były niewygodne dla związków zawodowych. 68 senatorów poparło ponadpartyjną umowę w sprawie FISA. Obama głosował przeciw. A jeśli byłby teraz prezydentem, to jak ten Wysoki Diakon Jedności naprawiłby pęknięcie, które poróżniło Izbę Reprezentantów w zeszłym tygodniu?


Ofiary S.R.O walczą z Obamo-krótkowzrocznością, czyli innymi słowy, niemożnością wybiegnięcia myślą poza Dzień Wyborów. Ale naprawdę fascynujące jest to: one nadal go lubią. Są świadome, iż większość podsycanej przez niego nadziei jest ulotna –a co więcej –wiedzą również, że on wie, iż jest ulotna.


Niemniej jednak, sam fakt, iż mogą dzielić ten wspólny sen to wciąż jest coś. Po tym jak czar pryśnie oraz przyjdzie czas na szarą rzeczywistość, nadal będą wiedzieć coś o jego duszy, zaś on będzie wiedział coś o ich duszach. Rozumieją, iż każdy nowy prezydent będzie musiał stawić czoła gigntycznym przeszkodom. Przynajmniej ten kandydat zdaje się zmierzać w dobrym kierunku. Szum wokół Obamy jest rezultatem wyolbrzymiania jego sił i cnót, lecz nie ich symulowania.


Dotknięci Syndromem Rozczarowania Obamą nie są już tak poruszeni jego perorami. Gorączka opada. Jednakże, pewny niewidzialny związek z przywódcą wydaje się trwać w dalszym ciągu.


David Brooks
Op-Ed Columnist
New York Times
19. luty, 2008

Tłum. Marta Banaszak.

sobota, 16 lutego 2008

John Dickerson: „Hillary budzi się do życia".

„Hillary budzi się do życia"

By John Dickerson


Slate, Monday, Feb. 11, 2008

Doświadczenie wyniesione z poprzednich konwencji nakazuje twierdzić, iż Clinton jest skazana na niepowodzenie. Nie dajcie się zmylić.

Paradoksalnie, najlepszą wiadomością dla kampanii wyborczej Hillary Clinton może być to, iż balansuje ona na krawędzi. W sezonie wyborczym, kiedy doświadczenie poprzednich konwencji już tyle razy dawało mylne wskazówki, Hillary może nabrać otuchy w związku z faktem, iż obecnie wśród klasy politycznej dominuje pogląd, iż Barack Obama zmierza niepowstrzymanie w kierunku nominacji.

Obamie udało się wygrać ostatnich pięć prawyborczych zawodów, i to z dużym marginesem zwycięstwa. [W zeszłą środę zaś, 13.02 lutego wyszedł on na prowadzenie wśród kandydatów demokratycznych po „prawyborach Potomaku" w stanie Maryland, Virginia i Dystrykcie Kolumbii].

Sztab wyborczy Clinton przewidział, iż będzie to korzystny okres dla Obamy, i że dadzą sobie z tym radę. Jednakże, ta nonszalancja legła w gruzach, gdy Clinton zastąpiła w tym tygodniu menadżera swej kampanii. (Prowadzimy – czas wywalić głównego rozgrywającego!) Obama po raz pierwszy wygrywa również z Clinton w ogólnokrajowym sondażu oraz lepiej radzi sobie w zestawieniu z potencjalnym przeciwnikiem Johnem McCainem. Obama ma więcej pieniędzy, może je łatwo w razie potrzeby zebrać oraz nieustannie przyciąga rzesze zwolenników. (Powinien on podróżować z przenośną salą dla nie mieszczącej się publiczności, jako że na każdym spotkaniu z jego udziałem takowa staje się potrzebna.)

Ale nie wszystko jeszcze stracone dla tych, którzy popierają Hillary Clinton. Poniżej kilka powodów dla których nie powinni oni tracić nadziei:

1. Clinton ma głos: Pomimo swego sukcesu, Obamie nie udało się jak do tej pory ugruntować swej pozycji wśród kluczowych grup wyborców. Kobiety, Latynosi oraz mniej zamożni obywatele Ameryki popierają wciąż Clinton. Obama jest kandydatem, który rzekomo posiada szaleńczo oddany elektorat, ale tymczasem, gdy Washington Post zapytał niedawno wyborców demokratycznych, jak silnie popierają swego kandydata, szeregi Clinton okazały się gorliwsze.

Do tych szeregów należą wyborcy, którzy pomogli Clinton utrzymać swą pozycję w dużych stanach w Super Wtorek, po tym jak Obama zwyciężył w stanie Iowa i Południowej Karolinie. Zdołał on zyskać wśród nich kilka przychylnych głosów (zwłaszcza wśród kobiet z Iowa i Maine), ale nie odniósł większego sukcesu wśród tych nadal oddanych Clinton grup.

Co więcej, poparcie dla Clinton ze strony tych kluczowych grup demograficznych sprawia, iż staje się ona bardziej wiarygodna, gdy próbuje przekonać ludzi, iż Obama to współczesny George McGovern [demokratyczny kandydat na prezydenta w 1972 r.- mimo grania kartą anty-wietnamską przegrał wyraźnie z Richardem Nixonem] – maskotka partyjna, za którą stoi mur bogatej liberalnej prawicy. „Co to byłby za nominat, który nie może zdobyć głosów klasy pracującej?" – mówi jeden ze strategów kampanii Clinton. I to jest dobre pytanie.

Clinton będzie liczyła na wiernych jej wyborów podczas swego comeback 4 marca, kiedy to ma nadzieję, iż biała klasa robotnicza z Ohio oraz Latynosi z Texasu dadzą jej upragnione zwycięstwo. Wczesny test, który dostarczy odpowiedzi na pytanie, czy niebieskie kołnierzyki okażą się lojalne wobec Clinton może mieć miejsce w Wisconsin, które w przyszłym tygodniu pójdzie do lokali wyborczych. Miasteczka studenckie podążą za Obamą, jednakże większość tego stanu przypomina bardziej Ohio, więc ta reszta zagłosuje prawdopodobnie na Clinton. Jeśli nie, Hillary znajdzie się w tarapatach.

2. Niedola faworyta. Któż chciałby być faworytem w tym wyścigu? Kiedy tylko właśnie ktoś zostaje namaszczony, zaraz traci rezon. I to nie jest jedynie przesąd. Pierwszoplanowy kandydat podlega różnorakim naciskom. W pewnym momencie w szeregi zwolenników zakraść się może uczucie, które da się porównać z kacem moralnym, jaki odczuwamy po nie do końca przemyślanym zakupie. Im więcej Demokraci skupiają uwagę na Obamie, tym bardziej możliwa staje się sytuacja, iż zaczną martwić się, czy na pewno stanowi on dobry materiał na prezydenta. Hm, może i ma on doświadczenie, ale nigdy przecież nie został sprawdzony. (Tego typu dręczące niepokoje mogą być powodem, dla którego ludzie w dniu wyborów w ostatniej chwili zmienią swoje zdanie i przerzucą poparcie na Clinton).

A więc Obama może niedługo poczuć się pod większą presją ze strony prasy. Historie, o których zapomniano podczas toczącego się w zawrotnym tempie, pierwszego etapu wyścigu wyborczego, mogą znów zostać poruszone. Ponadto, obecnie większa liczba reporterów zajmuje się mniejszą ilością kandydatów, a prasa będzie czuła obowiązek aby zweryfikować kandydata, który wydaje się zmierzać prosto do celu jakim jest nominacja.

3. Cynicy za Clinton. Nominacja Demokratów sprowadzać się może do 796 superdelegatów. Sposób, w jaki sposób ci wysocy urzędnicy publiczni i działacze partyjni [party insiders] będą głosować, pozostaje tajemnicą. Mogą wybrać kandydata, bazując wyłącznie na swej własnej niezależnej ocenie, mogą podążyć za wolą narodu, mogą poróżnić się w swych wyborach. Jeżeli Obama zasieje ferment w stanach, w których raczej by nie wygrał, może być w stanie przekonać sporą część superdelegatów, iż jest tym właściwym kandydatem i na tym będzie koniec. Jeżeli jednak wyścig będzie wyrównany, zakulisowa walka będzie działała raczej na korzyść Clintonów. Mają oni więcej kontaktów z wtajemniczonymi ludźmi z partii i dobrze znają zasady tej gry (jest to coś, co zarzuca im Obama). Obama potrafi poruszyć 20 tysięczny tłum, ale to drużyna Clinton lepiej radzi sobie ze sprawami wewnątrzpartyjnymi. Przykładowo, gdy Clinton mówi, iż jest w stanie walczyć z Republikańską „maszyną atakującą", zaufani ludzie partii, którzy mieli okazję poznać tą walkę wystarczającą dobrze, mogą łatwo kupić argument, iż pomimo inspirujących wypowiedzi Obamy, tylko Clintonowie rozumieją to, co jest niezbędne do walki z Grand Old Party (Partia Republikańska).

W wyścigu, w którym tyle oczywistych rzeczy okazało się nie być oczywistymi, każdy walczący kandydat może znaleźć powód, dla którego uda mu się wytrwać, zwłaszcza jeśli jest to kandydat, który swojego czasu wydawał się nieunikniony. Oczywiście, kręte drogi wyścigu wyborczego stały się obecnie już tak przewidywalną częścią mądrości, której uczy doświadczenie poprzednich konwencji, iż może przyszła pora na koniec tych zawiłości oraz moment, w którym znów zacznie liczyć się impet. W tym wypadku jednak, Clinton jest skazana na niepowodzenie.

http://www.slate.com/default.aspx?id=2184207

środa, 13 lutego 2008

E. J. Dionne Jr.: The McCain Divide?.

Jeśli Johnowi McCainowi uda się uzyskać nominację Partii Republikańskiej w tych wyborach prezydenckich, jego zwycięstwo będzie oznaczało dla amerykańskiej polityki rewolucję – rozpad 28-letniego mariażu pomiędzy establishmentem republikańskim i konserwatywnym.

McCain byłby pierwszym kandydatem z Partii Republikańskiej od czasów Geralda Forda w 1976 r., który otrzymałby nominację prezydencką pomimo opozycji ze strony zorganizowanej frakcji konserwatywnej, a także pierwszym, który podczas prawyborów republikańskich polega na centrum tej partii oraz jej kurczącym się lewym skrzydle. McCain wygrywa mimo konserwatystom, a nie dzięki nim.

Ci, którzy budowali amerykańską prawicę, od Barry'ego Goldwatera w 1964 r. poczynając, a kończąc na rewolucji Reagana oraz Gingricha, są w pełni świadomi niebezpieczeństw, jakie zapowiada potencjalne zwycięstwo McCaine'a. Niektórzy ludzie prawicy podzielają obecnie opinię, iż ich cele doznałyby mniejszego uszczerbku, gdyby przegrali oni wybory 2008, nie naruszając jednak sojuszu republikańsko-konserwatywnego, niż w sytuacji, gdyby mieli wygrać razem z McCainem.

Dla osób spoza ruchu konserwatywnego podobne obawy wydają się co najmniej dziwne. Dotychczasowe głosowania McCaine'a w Izbie Reprezentantów i w Senacie zbierały wysokie notowania wśród grup konserwatywnych. Jego stanowiska w kluczowych kwestiach (poparcie dla wojny w Iraku, sprzeciw wobec aborcji, wieloletni krytycyzm wobec wydatków rządowych) to stanowiska ortodoksyjnego i konserwatywnego lojalisty z krwi i kości.
Jeśli to McCain zostanie nominowany, Demokraci będą mieli dużo argumentów aby przekonać niezdecydowanych wyborców, iż nie jest on umiarkowanym politykiem. Pomógł już im w tym sam McCain, gdy w środowej debacie w Kalifornii (30. I 2008) powtórzył często przypominane przez siebie oświadczenie, iż był „pieszym żołnierzem" w armii Reagana.

Jednakże, zagorzali konserwatyści widzą tę sprawę inaczej. Wiedzą, iż w kolejnych prawyborach zaplecze McCaine'a formowane było z osób o umiarkowanych poglądach, liberałów, niezależnych, zwolenników aborcji oraz krytyków prezydenta Busha. Konserwatyści, którzy niedowierzają McCaine'owi z powodu jego przeszłości związanej z podatkami, imigracją, globalnym ociepleniem, oraz reformą finansowania kampanii, nie byli siłą napędową jego koalicji. Republikanie zaś, którzy określają siebie jako „bardzo konserwatywnych" konsekwentnie odrzucają McCaine'a. W prawyborach na Florydzie tacy właśnie wyborcy zagłosowali na Mitta Romneya, i to więcej niż w stosunku 2 do 1 wobec McCaine'a.

Vin Weber, były kongresman, który popierał McCaine'a w 2000 r., ale w tym roku swoje poparcie przeniósł na Romneya, powiedział, iż skonfundowanie osób spoza Partii Republikańskiej nie dziwi. „Ludzie zazwyczaj myślą, iż konserwatywne przywództwo oraz przywództwo republikańskie to jedno i to samo. Tymczasem tak nie jest." – powiedział Weber.

McCain doszedł już tak daleko, ponieważ konserwatystom nie udało się ustalić wspólnie jednego faworyta. Mike Huckabee systematycznie odgradzał religijnych konserwatystów od reszty. Fred Thompson zaś jeszcze bardziej podzielił głosy konserwatystów, zwłaszcza w Południowej Karolinie. Obaj zaprzepaścili nadzieję Romneya na prędkie stanie alternatywą dla McCaine'a.

Ponadto, zważywszy na fakt, iż Romney zmienił swoje stanowisko wobec paru istotnych dla Republikanów kwestii, szeregowi członkowie tej partii nigdy w pełni mu nie ufali.
Decyzja Rudy'ego Giulianiego o starcie w prawyborach na Florydzie sprawiła z kolei, iż umiarkowanie lewicowi wyborcy przypadli w udziale McCaine'owi w pierwszych prawyborach, co pozwoliło temu ostatniemu na ugruntowanie swojej pozycji.

Znaczącym [faktem] jest, iż wielu z pośród czołowych Republikanów, którzy mogliby mierzyć się z McCainem, nigdy nie było bohaterami prawicy. Umiarkowany Giuliani szybko poparł McCaine'a po swej przegranej w prawyborczych zapasach. Gubernator Charlie Crist, który pomagał McCaine'owi na Florydzie, zyskał swoją popularność jako polityk umiarkowany, przyciągając wyborców niezależnych, a nawet Demokratów. Gubernator Arnold Schwarzenegger, który również wyraził swoje poparcie dla McCaine'a, mocno zdystansował się wobec konserwatyzmu i obecnie blisko współpracuje z Demokratami w ciele ustawodawczym Kalifornii.

Wszystko to wyjaśnia tak dużą siłę sprzeciwu wobec McCaine'a po stronie przywódców konserwatywnych. Rush Limbaugh jest swoistym rzecznikiem ich sprawy. W swym wystąpieniu radiowym, Limbaugh ostro skrytykował tych, którzy „udają, iż Senator McCain jest kandydatem konserwatystów, podczas gdy wyniki exit polls [sondaże przed lokalami wyborczymi – przyp. red.] we wszystkich prawyborach pokazują coś zupełnie przeciwnego."

Dodał on, iż McCain „nie jest kontrkandydatem konserwatystów, w przeciwieństwie do establishmentu republikańskiego – i to rozróżnienie jest kluczowe". „Establishment republikański już od dawna, bo od czasów Reagana, próbuje pozbawić partię wpływów konserwatywnych, a dzisiaj ma poczucie zwycięstwa, podobnie jak nasi przyjaciele z mediów." – zadeklarował Limbaugh.

McCain oczywiście wciąż jeszcze musi zapewnić sobie nominację, a jego występ w środowej debacie (30. I 2008) był niezbyt inspirujący. Jego jasna argumentacja niespodziewanie zagmatwała się, gdy parę razy odmówił odpowiedzi na pytanie, czy głosowałby teraz na swoją własną ustawę imigracyjną. Zaś pełen samozadowolenia uśmiech McCaine'a na widok Romney'a, próbującego bronić się przed zasadniczo fałszywą charakterystyką, wystawioną mu przez swego kontrkandydata, dotyczącą jego stanowiska wobec wojny w Iraku w czasach, gdy [Romney] pełnił funkcję gubernatora Massachusetts, trudno byłoby określić obliczem wspaniałomyślnego zwycięzcy.

Ale tak, jak podkreślił to w ten środowy wieczór pewien wybitny konserwatysta, wysocy urzędnicy z ramienia Partii Republikańskiej zaczynają, pomimo swych oporów, formować szereg za McCainem, z tego prostego powodu, iż uważają, że zwycięży. Ich kapitulacja to znak zmierzchu ery Reagana–Busha i początek pewnej nowej jakości.

E. J. Dionne Jr
The McCain Divide?


Tłumaczyła: Marta Banaszak

środa, 23 stycznia 2008

„’Wyborcze tsunami’ pod lupą”. Ruth Marcus. tłum. Marta Banaszak

Rankiem 6 czerwca 1984 r. doradcy prezydenckiego kandydata z ramienia Partii Demokratycznej, Waltera Mondale’a obudzili swego szefa, aby poinformować go o pewnym sporym problemie...

Poprzedniego dnia, w stanach Kalifornia i New Jersey odbyły się prawybory. Pewny siebie były wiceprezydent zaplanował już konferencję prasową, aby ogłosić, iż oto wreszcie udało mu się zebrać wystarczającą liczbę delegatów, dającą mu zwycięstwo nad senatorem z Colorado, Garym Hartem. Pozostawała tylko jedna zagwozdka – Mondale’owi brakowało około 40 delegatów do osiągnięcia tego celu. Hart wygrał w Kalifornii, a co gorsza, Mondale nie uzbierał tam tylu delegatów, na ilu liczono podczas jego kampanii. W obliczu tej sytuacji, rozgorączkowani doradcy Mondale’a chwycili za telefony aby skontaktować się z tzw. super-delegatami (superdelegates) – dobrze poinformowanymi ludźmi z Partii Demokratycznej, którym stronnicy Mondale’a dali dużą władzę w procesie wyborczym, jako przeciwwagę do rządów partii, przewidując, że ich pomoc może w pewnym momencie okazać się wielce przydatna.

Tego dnia Mondale’owi się udało. Mimo, iż przytoczona opowieść może wydawać się prehistorią, nie traci ona na ważności – zwłaszcza obecnie – służąc jako przypomnienie o znaczeniu jakie posiada wiedza o arkanach zasad wyboru i alokacji delegatów.

W istocie, wybory 2008 przypominają wybory z 1984, tyle że na sterydach: Kiepsko zorganizowany, niedofinansowany rebeliant (Hart) ma swój odpowiednik w Baracku Obamie, który z kolei posiada wystarczające pieniądze oraz stopień zorganizowania, aby konkurować z kandydatką establishmentu (Hillary Clinton). Faworyt wyborów, do którego ludzie partii nie są zbyt entuzjastycznie nastawieni (Mondale), znajduje zaś swój odpowiednik w osobie Clinton, która w przeciwieństwie do Mondale’a cieszy się lojalnym i pełnym wigoru poparciem.

Ponadto, istnieje pewien czynnik, który nadaje tym wyborom charakter przedłużającej się i mozolnej walki o kolejnych delegatów, a którego w roku 1984 nie było. Jest to bezlitosna arytmetyka zasad reprezentacji proporcjonalnej partii, według której kandydaci otrzymują delegatów odpowiednio do swego udziału w głosach oddanych w każdym okręgu wyborczym, a także na poziomie stanowym. Pomimo, iż ta zasada zaczęła obowiązywać już w 1988 r., nigdy nie była tak naprawdę istotna, jako że jak do tej pory za każdym razem wyłaniał się jeden wyraźny faworyt.

Jednakże, w bliskim starciu, istniejące zasady utrudniają jednemu kandydatowi zgromadzenie odpowiednio dużego marginesu do uzbierania potrzebnej liczby delegatów. Biorąc pod uwagę kształt obecnych wyborów prezydenckich, całkiem możliwa staje się perspektywa, iż kandydatom nie uda się też to we wtorkowym tsunami wyborczym (ang. Tsunami Tuesday) 5. lutego, gdy okaże się na przykład, że Demokraci zebrali 1.818 delegatów, czyli 45% całości.

Jednym z kluczowych czynników jest to, iż największa nagroda, jaka czeka kandydatów 5 lutego - Kalifornia, będzie miała otwarte [dla wyborców niezależnych] prawybory tylko po stronie demokratycznej, podczas gdy Republikanie rozstrzygną je tylko we własnym gronie. W rezultacie, niezależni wyborcy, którzy skłaniają się ku Obamie, mogą wzmocnić jego pozycję w tym stanie.

Jeżeli wyścig wyborczy będzie miał kontynuację po 5. lutego, jak pozwala przypuszczać precedens Mondale’a, do gry włączyć się mogą super-delegaci. Te grube ryby, w Ameryce kolokwialnie nazywani bigwigs, a więc burmistrzowie, członkowie Kongresu, członkowie Krajowego Komitetu Partii Demokratycznego stanowią 796, czyli prawie 20% delegatów należących do Demokratów. Działają oni jak chorągiewki na wietrze, niemniej jednak ich głosy mogą okazać się decydujące przy wyrównanej walce. Warto dodać, iż jeśli ostatni głos rzeczywiście należałby do super-delegatów , byłoby to z korzyścią dla Clinton, której udało się już uzbierać taką grupę liderów.

A teraz czas na pytania na poziomie seminarium doktoranckiego, a które mogą okazać się istotne, jeśli wyścig okaże się naprawdę wyrównany, zmierzając nawet w kierunku nierozstrzygniętej konwencji. Jednym z takich pytań to rola Czynnika Edwardsa. Droga do nominacji byłego senatora Północnej Karoliny, Johna Edwardsa zdaje się zablokowana, ale nie oznacza to koniecznie, iż będzie on w tych wyborach bez znaczenia. Edwards może zbierać delegatów, jeśli tylko otrzyma 15-procentowe poparcie w głosowaniu w okręgu wyborczym lub stanie. Jeśli powyższa sytuacja będzie miała miejsce, kandydat ten może okazać się politykiem, który przerzuci głosy pewnej decydującej liczby delegatów na wybranego przez siebie kandydata (a inklinacje Edwardsa w kierunku Obamy wydają się oczywiste). Delegaci Edwardsa nie są co prawda zobowiązani do postępowania zgodnie z jego sugestiami, ale jego opinia może byś wpływowa.

A na deser coś dla prawdziwych wielbicieli zasad: może również dojść do walki w obrębie konwencji o rozmieszczenie delegatów w stanie Michigan i na Florydzie. Stany te zostały rzekomo pozbawione swych delegatów jako kara za przyspieszenie swych prawyborów i wyznaczenie ich daty na wcześniej niż 5 lutego, ale niewykluczone jest, że to zakwestionowanie ich uprawnień może wpłynąć na ostateczny wynik wyborów.

Z kolei, zwycięstwo Mitta Romneya w Michigan, przynoszące w rezultacie trzech różnych zwycięzców w trzech stanach, gdzie odbywały się pierwsze wyborcze zapasy, sprawiło , że szanse Republikanów są obecnie na tyle wyrównane, że ich wyścig również może nie skończyć się 5 lutego.

Republikanie bardzo życzyliby sobie uporządkowanego przebiegu tych wyborów, z wyraźnym faworytem, wokół którego mogliby się zjednoczyć. Co więcej, Grand Old Party (Partia Republikańska) nie ma tych samych zasad proporcjonalnej reprezentacji. Ma także mniej super-delegatów. Wreszcie, kandydaci z ramienia tej partii, z wyjątkiem Romneya, który posiada fundusze na własną kampanię, nie mają wystarczających środków finansowych, aby utrzymać się do końca wyścigu wyborczego, takich jak posiadają Clinton czy Obama. Jeśli jeden kandydat zdobyłby Południową Karolinę i Florydę, w nadchodzącym „wyborczym tsunami” startowałby z silnej pozycji.

Całkiem możliwe jednak, że aż do 5 lutego będziemy świadkami rozbitej walki wyborczej, z którą mamy do czynienia w tej chwili, oraz takiej alokacji głosów pomiędzy stanami, która w rezultacie przyniesie ułomny wynik, a co za tym idzie, konieczność kontynuacji politycznych zapasów jeszcze po tym wydarzeniu, które kiedyś niezmiennie stanowiło rozstrzygającą kampanię, z wyraźnymi faworytami w roli głównej.

"Ruth Marcus
Wednesday, January 16, 2008; A15
Washington Post"

tłumaczenie: Marta Banaszak