środa, 5 listopada 2008
środa, 27 lutego 2008
Robert J. Samuelson: "Obama urojony".
Bardzo trudno jest nie być zauroczonym Barackiem Obamą. Na Konwencji Demokratów w 2004 r. pojawił się on w towarzystwie reporterów i redaktorów Newsweeka, w tym także mnie. Byłem pod wielkim wrażeniem jego inteligencji, siły jego języka i widocznej chęci do zajęcia pozycji wykraczającej poza wąskie horyzonty stronnika danej sprawy [partisan]. Obama stał się prezydenckim faworytem Demokratów właśnie dlatego, że niezliczone miliony wyrobiły sobie podobną opinię. Obecnie jednak myślę, że jest ona błędna.
Jako dziennikarz, mam wiele wątpliwości dotyczących większości kandydatów, ale w przypadku senatorów Hillary Clinton i John'a McCain , czuję że mam do czynienia ze znanymi jakościami. Są oni na arenie publicznej od lat; ich poglądy, wartości i temperamenty zostały dokładnie poznane. Obama za to, jest nową postacią na scenie publicznej, w dużej mierze zdefiniowaną przez jego potężną retorykę. Kłopotem, przynajmniej dla mnie, jest ogromna i zwodnicza luka między jego zniewalającym krasomówstwem a jego faktycznymi poglądami.
Tekstem obecnym w tle kampanii Obamy jest jego własna życiowa opowieść -- jak stać się pierwszym Afroamerykańskim prezydentem, co byłoby kamieniem milowym na drodze [naszego] narodu od niewolnictwa -- może służyć jak metafora dla innych politycznych sytuacji bez wyjścia. Wielkie impasy mogą być wyeliminowane dzięki dobrej woli, inteligencji i energii. "Tu nie chodzi o przeciwstawianie bogatych biednym; młodych przeciw starym; ani czarnych przeciw białym," mówi. Ja, wraz z milionami innych, widzę w tym wielką moc poruszającą.
Jednak, jeśli lepiej się jej przyjrzeć, ta metafora [życia] jest złudzeniem. Odrzucenie rasizmu nie jest magicznym panaceum dla nieszczęść narodu. Zadanie to wymaga niezależnych idei a Obama ma ich niewiele. Jeśli przyjrzymy się jego programowi, okaże się, że jest on całkowicie zwykły, wysoce stronniczy, nieszczery, a przede wszystkim ignoruje ważne problemy społeczne.
Mierzony własnymi standardami moralnymi, Obama zawodzi. Amerykanie "są zmęczeni słuchaniem składanych obietnic i 10-punktowymi planami proponowanymi w ogniu kampanii po to, by ostatecznie nic nie zmienić," powiedział on ostatnio. Wkrótce potem Obama zarysował plan gospodarczy składający się co najmniej z 12 punktów, który między innymi:
· Ustanawia 1000-dolarowe cięcie podatkowe dla większości rodzin, w których zarabiają dwie osoby (500 dolarów dla gospodarstw jednoosobowych)
· Stworzy 4000 dolarów refundowalny kredyt podatkowy [ulgę podatkową] na opłatę za studia przez każdy rok trwania studiów.
· Rozszerzy kredyt podatkowy [ulgę podatkową] na opiekę nad dzieckiem dla ludzi zarabiających mniej niż 50000 dolarów oraz "podwoi wydatki na jakościowe programy pozaszkolne".
· Ustanowi „plan energetyczny", który zainwestuje 150 miliardów dolarów przez 10 lat, by stworzyć „sektor zielonej energii".
Cokolwiek myśli się o tych pomysłach, są one standardową polityką-worka-z-łakociami: dla każdego coś miłego. Są one tak bardzo podobne do wielu propozycji Clinton, że jej sztab wydał oświadczenie, oskarżające Obamę o popełnienie plagiatów. Wobec istniejących deficytów budżetowych i kosztownego "uniwersalnego planu zdrowotnego" Obamy, prawdopodobieństwo zrealizowania tego pakietu w całości wygląda marnie.
Ulubiona fraza Obamy głosi, że powie on „Amerykanom nie tylko to, co chcą usłyszeć ale to, co muszą wiedzieć". No cóż, jak dotąd nie powiedział. Rozważmy [problem] przechodzącego na emeryturę wyżu demograficznego. Prawdomówny Obama mógłby powiedzieć: "Wydawanie na emerytów – głównie na Social Security [rządowy system emerytalny], Medicare [publiczna opieka zdrowotna dla starszych] i Medicaid [system dopłat do leków dla osób starszych] – stanowi już prawie połowę budżet federalnego. Jeżeli nie ograniczymy tych podnoszących się kosztów, przygnieciemy nasze dzieci wyższymi podatkami. Zastanawiając się nad prognozami rosnącej długości życia, powinniśmy stopniowo podnosić wiek kwalifikujący do tych programów, zredukować zasiłki dla bogatszych emerytów. Zarówno Demokraci jak i Republikanie są winni zaniechań. Czekanie dłużej tylko pogorszy problem".
Zamiast tego, Obama obiecuje nie podnosić wieku emerytalnego i „strzec wypłat Social Security dla aktualnych i przyszłych beneficjantów". To nie jest "zmiana"; to jest uświęcenie statusu quo. Chciałby on także uwolnić wszystkich emerytów o dochodach mniejszych niż 50000 dolarów rocznie od podatku dochodowego. Według jego matematyki, 7 milionów emerytów otrzymałby przeciętnie ulgę podatkową w wysokości 1,400 dolarów – przesuwając ciężar obciążeń podatkowych na młodszych pracowników. Główna propozycja Obamy dotycząca Social Security to podniesienie podatku od wynagrodzeń powyżej aktualnego pułapu 102,000 dolarów [jest to górna granica kwoty płaconego podatku].
Polityczni kandydaci rutynowo pozwalają sobie na koloryzowanie, niekonsekwencję i samolubne zaślepienie. Robią tak i Clinton i McCain. Powodem utrzymywania wyższego standardu wobec Obamy jest to, że jest to jego standard i do tego centralny temat jego kampanii. Płynie on wciąż na niejasnej obietnicy „zmiany", ale [gdy idzie o konkrety] temat po temacie - imigracja, gospodarka, globalne ocieplenie - oferuje on jedynie wygotowane programy, które omijają przyczyny problemów. Te kwestie pozostają sporne, właśnie dlatego, że pociągają ze sobą rzeczywiste konflikty lub różnice opinii.
Kontrast między obszerną retoryką Obamy a jego wąskim programem jest bardzo wyraźny, a mimo to media – pochłonięte politycznymi „wyścigami konnymi" – traktują jego inwokację "zmiany" bardziej jako poważną ideę, niż płytkie hasło wyborcze. Wygląda na to, że Obama zahipnotyzował większość mediów i odbiorców swoją elokwencją i symbolizmem swojej biografii. Wynikiem jest masowe złudzenie, że Obama bierze się za bary z głównymi problemami społecznymi narodu, kiedy w istocie nic takiego nie robi.
Tłum. Katarzyna Młynek i Jan Filip Staniłko
Robert J. Samuelson
Washington Post
http://www.washingtonpost.com/wp-dyn/content/article/2008/02/19/AR2008021902336_pf.html
wtorek, 5 lutego 2008
David Frum.Turning the Triple Play.
Dlaczego trójnożny taboret republikanów się kiwa?
Dlaczego gospodarczy, społeczni i polityczni konserwatyści nie ciągnś wszyscy w jednym kierunku w czasie obecnego okresu prawyborów tak, jak niegdyś? Aby to zrozumieć, wyobraźmy sobie że mamy ze sobą w pokoju trzech konserwatystów i każdy powiedział, co naprawdę myśli.
Konserwatysta gospodarczy:
"To nie moja wina, że jesteśmy w takich tarapatach.
Wy, konserwatyści od polityki zagranicznej wciągneliście nas w niekończącą się wojnę na Bliskim Wschodzie. Wy spowodowaliście wzrost cen ropy naftowej i rozdęliście budżet. A wy, konserwatyści społeczni, wasza obsesja na temat małżeństw tej samej płci, powoduje że wyglądamy jak byśmy przychodzili ze średniowiecza. I dlaczego wy ludzie nie możecie sami płacić za swoje lekarstwa na receptę? Wojna w Iraku była zła, ale Medicare Part D może kosztować co najmniej 15 razy więcej.
Ta partia potrzebuje powrotu do starego Reganowskiego przesłania: mniej wydatków, mniejsze podatki i koniec tych dziwnych społecznych i zagranicznymi przygód."
Społeczny konserwatysta:
"Ty winisz nas? To nasze glosy przepchnęły wasze cięcia podatkowe i co dostajemy w zamian?
Oczywiście wy nie możecie zrozumieć dlaczego tak przejmujemy sie sprawa małżenstw (homoseksualnych). Wy jesteście bogaci, zabezpieczeni i bardzo dobrze wykształceni. Wskaźnik rozwodów wśród takich, jak wy dramatycznie spadł od 1979 roku. Z waszymi dużymi nowymi pensjami, matki mogą zrezygnować z pracy i zostać w domu z dziećmi, podczas gdy wasza nielegalnie przebywajaca w kraju gosposia ściele łóżka. Tutaj na dole [czytaj: drabiny społecznej] cały czas jesteśmy w latach 70tch. Nasze pensje sie nie zwiększyły. Oboje rodzicow muszą pracowac, a te mega-koscioły z ktorych sie wysmiewacie zapewniają opieke naszym dzieciom w trakcie naszej pracy.
Nie stac nas na ani jedną pomyłkę. Potrzebujemy rzadu mającego spójne moralne przeslanie, by przeciwważyc truciznę sączącą się z waszych Viacom'ów i Facebook'ów do umyslow naszych dzieci.
Wy dostaliscie obnizkę podatkow. My nie. Ta podwyzka ulg podatkowych na dziecko, ktora ozdobiła waszą ogromna wyplatę? Nie mozemy z nie skorzystać. Ona jest jedynie kredytowana z podatku dochodowego, a wielu z nas nie placi wysokiego podatku dochodwego. A newet jezeli mozemy z niej skorzystać to zazwyczaj zostaje ona obcieta przez alternatywe minimlanego podateku dochodowego. To my jestesmy partią [czytaj: konserwatywna] - ale niewiele mamy do pokazania, że tak jest. Czas abysmy my nia pokierowali."
Konserwatysta polityki zagranicznej:
"Czy wy wszyscy powariowaliscie? Zapomnieliście ze toczy sie wojna? I ze instnieje duze niebezpieczeństwo jej przegrania? Czy wy nie macie żadnej herarchii waznosci?
Wy, goście od podatkow nalegaliscie na tanią wojnę. Wiec nie powiekszyliśmy sil zbrojnych po 9/11 i walczymy w Iraku używajac polowy tej ilości piechoty, która wg generałów miała być konieczna. Wy, społeczni konserwatyści jestescie zadowoleni kiedy rozmawiamy o nalożeniu ceł na zabawki z Chin. Ale prawdziwy problem leży w tym że Chiny wspomagaja Iranski rozwoj energetyczny i Polnocno- Koreanski program zbrojen. Czy mozemy cos z tym zrobic?
Jezeli mamy walczyc z teroryzmem, musimy zrezygnowac z ropy naftowej. Ale to oznacza wyzsze ceny za energie, wlacznie z podwyzszeniem podatku od sprzedarzy energii, a wy - konserwatysci od gospodarki - zawsze odrzucacie takie opocje.
I czy to za wiele aby prosic was, społecznych koserwatystow, byście wsparli kandydata na prezydenta z jakimkolwiek doswiadczeniem w sprawach zagranicznych, moze takiego ktory potrafi znaleźć na mapie Pakistan? Chrzescijanskie przywództwo i tym podobne jest ok, ale nie czas teraz, aby nastawiac drugi policzek."
Czy ten stoliczek moze zostać ocalony? Wciąż nie jest za pozno, ale bedzie to wymagalo o wiele wiecej taktu i zruzumienia niz dotychczcas.
Konserwatysci gospodarczy mają rację chcac nizszych podatkow od oszczednosci i inwestycji. Musza oni jednak przyznac ze cięcia podatków od strony podażowej nie są juz drogą do zdobycia glosow wyborcow. Jezeli Republikanie chca utrzymac swoich wyborców z nizszych warstw spolecznych, gospodarczy konserwatysci musza nauczyc sie mowic na temat opieki medycznej z tą samą rychliwością, namiętnością i
Tradycjonalisci społeczni rowniez musza sie zaadoptowac do nowych realiow. Opozycja wobec małżeństw tej samej płci maleje. Sprawa pro-life, mimo ze nabiera na sile, pozostaje w mniejszosci. Jezeli społeczni konserwatysci potrafią uniknac wizerunku osądzajacych i dyscyplinujących, to ich glowne przeslanie stanie sie dla Ameryki bardziej isotne, niz kiedykolwiek - tu, gdzie malzenstwo na równi z college'em staje się biletem do klasy sredniej.
Na koniec, konserwatysci polityki zagranicznej musza uznać, ze kluczowe bloki wyborców błędnie, ale bez poczucia tej błędności pozostawiły 9/11 za sobą. Widoczny sukces surge [tzn. dosłania dodatkowych 30 tys. żołnierzy] w Iraku - wraz z Narodowym Szacunkiem Wywiadowczym [National Intelligence Estimate] wykluczającym iranski program nuklearny z pola uwagi - przemienily rok 2008 w rok rozwiazywania problemow wewnetrznych. Problem nielegalnej imigracji zastapil problem broni masowego razenia jako kwestia najwyzszej troski w sprawach bezpieczeństwa.
Partia republikanskia desperacko potrzebuje programu wewnątrzkrajowego, ktory odpowiana na wartości i potrzeby dziesiatek milonow amerykanskich rodzin zarabajacych okolo 70 tys dolarow rocznie. To nie jest nie rozkaz niewykonalny. Ale aby go zrealizowac, nasi kandydaci na prezydenta i innych przywodcow będą potrzebowali nowego podejścia.
David Frum, czlonek American Enterprise Institute, autor "Comeback: Conservatism That Can Win Again."
Tłum. Karolina Szpera i Jan Filip Staniłkoponiedziałek, 28 stycznia 2008
wtorek, 8 stycznia 2008
Wybory 2008.
Obecny sezon wyborczy jest szczególny z kilku powodów. Po pierwsze, jest to pierwsza bodaj od 1968 roku sytuacja, w której w wyborach prezydenckich każdy z czterech ostatecznych kandydatów na prezydenta i wiceprezydenta będzie postacią dotąd nie kandydującą na to stanowisko, ani nie piastującą dotąd takiego stanowiska. Prezydent G. W. Bush kończy ośmioletnią kadencję, wiceprezydent Richard Cheney odchodzi na polityczną emeryturę – po stronie domokratycznej były wiceprezydent Al Gore promuje walkę z globalnym ociepleniem, a szanse na nominację Johna Edwardsa, kandydata na wiceprezydenta w poprzednich wyborach, ocenić można na dość umiarkowane.
Po drugie, te wybory mogą zakończyć okres dominacji w amerykańskiej polityce partii republikańskiej (Grand Old Party – GOP). Od 1968 roku, na sześciu prezydentów (nie licząc Geralda Forda, który kończył kadencję Nixona i nie podlegał wyborowi), aż czterech miało nominację Partii Republikańskiej (Nixon, Regan, G. H. W. Bush, G. W. Bush). Co więcej, w 2006 zakończyła się również - zapoczątkowana tzw. Gingrich Revolution - 12-letnia dominacja Republikanów w parlamencie. Daje to Demokratom szansę na odzyskanie pełni władzy, jaką cieszyli się przez kilka dziesięcioleci w okolicach połowy XX. w, a ostatnio za prezydentury Jimmiego Cartera i na początku epoki Clintona.
Po trzecie, wybory te – zwłaszcza po stronie Demokratów - przebiegają do tej pory pod jednym, naczelnym hasłem – ”Change”, zmiany. Lansuje je przede wszystkim Barack Obama, który uczynił z tego hasła wehikuł swojej bardzo pozytywnej, ale wciąż mało konkretnej kampanii. Obama budzi entuzjazm młodych ludzi swoją biografią (dziecko imigrantów afrykańskich, absolwent uniwersytetu z Ivy League a dziś senator z Illinois), koncyliacyjnym językiem i retoryką „zuchwalstwa nadziei” (Audacity of Hope). Co ma się zmienić? Ameryka oczywiście! To narastające poczucie konieczności zmiany udziela się także innym kandydatom demokratycznym. Doszło do tego, że nawet Hillary Clinton (de facto wiceprezydent podczas kadencji jej męża) prowadzi swoja kampanię pod hasłem zmiany popartej rutyną.
Skąd to hasło? Przede wszystkim dlatego, że sposób prowadzenia polityki przez administrację Busha Jr., wyraźnie zmęczył Amerykanów. Jej odporność na argumenty i poziom niekompetencji był w kilku kluczowych sytuacjach dosłownie przerażający. Mimo to jednak daleki byłbym od nazywania tej prezydentury nieudaną. Bowiem mimo, że wojna w Iraku – jak poucza nas Thomas Ricks w bestsellerze Fiasco – była najgorzej przygotowaną wojną w historii USA, wszystko powoli idzie w dobrym kierunku i Irak zszedł z pierwszych stron gazet, a notowania G. W. Busha lekko się podniosły. Wg sondażu Gallupa z grudnia 2007 r. poparcie dla prezydenta wyniosło 37% i utrzymuje się poniżej 40% od września 2006, osiągająca swoje absolutne minimum w lipcu 2007 na poziomie 29%. Zapewne każdy polski premier marzyłby o takich wynikach, ale dla prezydenta USA nie są one powodem do radości. Jednak nie chodzi tylko o osobę obecnego prezydenta – liberalne elity nienawidziły go od zawsze. Chodzi przede wszystkim o to how the Government works. A Government, to nie tylko White House, ale także Capitol Hill.
Trzeba wszak pamiętać, że wraz z prezydenckimi – obywają się też wybory do Kongresu. A tradycyjnym obiektem ataku był zawsze i jest nadal tzw. Establishment. I choć po dawnych zamkniętych elitach waszyngtońskich nie ma już prawie śladu, to wciąż niczym nie da się tak dobrze zachęcić wyborców jak walką z wpływowymi, zasiedziałymi urzędnikami i politykami, stojącymi na straży status quo, korzystnego dla wszechwładnych dziś lobbies. Wybory do parlamentu odbywają się w USA co dwa lata i wymieniana jest część każdej izby, co wyraźnie amortyzuje wpływ społecznych emocji i nie pozwala rozumieć pracy Kongresu w kategoriach kadencji. Amerykanie są obecnie wyraźnie poirytowani partykularyzmami (partisanship) i zbyt dużym wpływem grup interesu na amerykańską politykę. Według tego samego sondażu Gallupa ocena obecnej pracy parlamentu wypada naprawdę źle – 22%, a w sierpniu wynosiła zaledwie 18%. Są to stany naprawdę niskie, ponieważ od 1974 roku tylko cztery razy poparcie dla pracy Kongresu spadło poniżej 20%. Jednocześnie 54% popiera parlamentarną dominację Demokratów.
Co ciekawe, odzyskawszy na początku 2007 roku większość w parlamencie i zapowiadając energiczne prace, Demokraci spełnili swoje zapowiedzi tylko częściowo. Za największy, choć ostatecznie raczej drobny sukces uznać należy zmiany na styku parlament-loobyści-grupy interesu. Ostatnie kilka lat obrodziło wszak w ciąg afer korupcyjnych, z których najgłośniejsza dotyczyła działalności lobbysty Jack Abramoffa i kilku reprezentantów, ale o korupcję lub nepotyzm oskarżani byli najważniejsi politycy GOP – np. jej wieloletni lider w Izbie Reprezentantów – Tom DeLay, czy jego odpowiednik w Senacie Bill Frist – co ostatecznie skończyło się ich odejściem. Od wielu lat Kongres nie potrafi uchwalić ważnych ustaw reformujących system emerytalny, opiekę zdrowotną i reguły imigracji, nie mówiąc już o zmniejszeniu krytykowanych od lat 60. subsydiów rolnych. Stąd określenia takie, jak Do-Nothing Congress.
W USA narasta dziś przekonanie, że trzeba Amerykę pchnąć ponownie naprzód. Impet jaki nadała jej konserwatywna rewolucja Ronalda Regana i Gingricha powoli wyhamował. W zeszłym roku wylano na ten temat sporo atramentu. Głównie jednak po w czasopismach demokratycznych. Sami republikanie raczej tak tego nie widzą. Dla nich najważniejsza jest... ustawa imigracyjna. Bowiem wbrew temu co można by sądzić problemem USA nie są dziś bynajmniej koszty wojny – USA wydają na zbrojenia kilka procent PKB mniej, niż w czasie szczytu zimnej wojny. Amerykanie nie przejmują się także jakoś nadmiernie kryzysem na rynku kredytów hipotecznych i wstrząsami, które będą po nim następować. Dużo bardziej doskwierają im... ceny ropy naftowej. Wyraźnie jednak i jak chyba nigdy dotąd problemem stał się obraz Ameryki na świecie i sposób prowadzenia polityki zagranicznej. Bardzo ważne są także strukturalne problemy społeczne takie jak brak (Demokraci) lub koszt (Republikanie) opieki medycznej, czy właśnie imigracja. A za kilka miesięcy, po partyjnych konwencjach rozpocznie się na pewno debata w sprawach obyczajowych i bioetycznych. Te wybory naprawdę mogą zmienić Amerykę.
